Łukasz Piszczek: Nie ma co się obrażać na Smudę

- W rozgrywkach ligowych brakuje nam już elementu zaskoczenia, co było atutem Borussii w poprzednim sezonie - uważa piłkarz drużyny z Dortmundu i reprezentacji Polski Łukasz Piszczek.

Po udanym występie w kadrze w dobrym humorze wróci pan na boiska Bundelsigi. W najbliższej kolejce Borussia zagra w Bremie z wiceliderem Werderem. Pana zespół spisuje się gorzej niż przed rokiem i jest szósty.

Reklama

Łukasz Piszczek: Przede wszystkim brakuje już elementu zaskoczenia, co było naszym atutem w poprzednim sezonie. Rywale też trochę inaczej nastawiają się na mecze z nami. Poza tym nie odbieramy tak szybko piłki na połowie rywala jak robiliśmy to w poprzednich rozgrywkach. Wiadomo zresztą było, że wtedy graliśmy naprawdę po mistrzowsku, a taką dyspozycję trudno utrzymać. Za nami jednak dopiero osiem kolejek, dlatego za spokojem patrzymy na tabelę.

Jakie macie cele? O obronę tytułu będzie bardzo trudno...

- Walczymy o jak najwyższą pozycję, ale teraz zdecydowanym faworytem jest Bayern Monachium. My nie wybiegamy myślami dalej niż do najbliższego meczu. I tak samo podchodzi do tego nasz trener Juergen Klopp. Gramy zresztą co trzy dni i nie ma czasu nawet na gruntowne analizy spotkań. Czasami może to i lepiej, bo w przypadku porażki nie rozpamiętujemy jej zbyt długo.

Gorzej niż w Bundeslidze wygląda wasza pozycja w Lidze Mistrzów. W dwóch kolejkach zdobyliście tylko punkt. Jako debiutant płacicie frycowe?

- Na to wygląda. Czujemy, że w obu spotkaniach (z Arsenalem 1-1 i z Olympique Marsylia 0-3 - przyp. red) nie byliśmy słabsi. O przegranej we Francji zdecydowały indywidualne błędy, a wynik nie odzwierciedlał przebiegu gry. Mieliśmy też swoje sytuacje do zdobycia bramek, ale zabrakło szczęścia. Jesteśmy jednak pełni optymizmu. Już w środę jedziemy na gorący teren do Pireusu, ale właśnie z Olympiakosem postaramy się przełamać.

Po czteromiesięcznej przerwie wrócił pan we wtorek do reprezentacji...

- Początek był trochę nerwowy, a pierwsze podanie do Marcina Wasilewskiego niedokładne. Wydawało mi się, że boisko jest na tyle mokre, że nie muszę mocno kopnąć. Okazało się jednak, że Marcin musiał "ratować mi tyłek". Jednak im dalej w mecz, tym było lepiej. Zresztą całkiem nieźle zagraliśmy jako drużyna.

Wygraliście dość pewnie 2-0. Czy to polski zespół był tak mocny, czy Białorusini słabi i podłamani nieudanymi eliminacjami do ME?

- Nie oglądaliśmy się na rywali i chcieliśmy zagrać jak najlepiej. Wyglądało to nieźle, a w pierwszej połowie całkiem zdominowaliśmy rywala. Po przerwie Białorusini trochę się obudzili, ale zastopowaliśmy ich drugim golem. Dla nas najważniejsze było, że w końcu nie straciliśmy bramki.

Trener Franciszek Smuda mówił, że jako zespół nie schodzicie już poniżej pewnego poziomu. Nie brakuje już wam pewności siebie na boisku?

- Po ostatnich dobrych wynikach z silnymi przecież zespołami wiemy, na co nas stać. Te mecze pokazały, że z każdym możemy powalczyć o zwycięstwo. Pokonaliśmy Białoruś, ale wierzymy, że będziemy wygrywać również z innymi rywalami.

Czy to już ostatni etap selekcji do kadry przed Euro 2012?

- Trener cały czas powtarza, że do Euro pozostało już tylko parę miesięcy i na tych zawodnikach, których obecnie powołuje, będzie opierał reprezentację. Liczy na każdego z nas i powtarza, że nie ma się co obrażać, jeśli któryś nie zagra w jakimś spotkaniu. Według mnie najważniejsze, by być w tej kadrze i uczestniczyć w tak wielkim wydarzeniu, jakim jest Euro 2012.

O obliczu kadry decydowali ostatnio piłkarze Borussii Dortmund. Pan jest jednym z pewniaków Smudy, klubowi koledzy Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski strzelają bramki w każdym spotkaniu...

- Cała drużyna walczy, by Robert i Kuba strzelali bramki, mieli okazje. Fajnie, że trafili już w trzech meczach z rzędu, jednak to cała jedenastka pracuje na wyniki. Inna sprawa, że Robert i Kuba mają duży wpływ na zespół, to bez wątpienia wiodące i kluczowe postaci kadry.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama