Iniesty gol życia dla całego narodu

Wydarzeniem roku 2010 było mistrzostwo świata wywalczone przez Hiszpanów. Przed MŚ pojawiły się podejrzenia, że Rosja pomoże Hiszpanom korumpować sędziów.

Reklama

Na mundialu w RPA reprezentacja Hiszpanii wyleczyła najgłębszy kompleks nacji tkwiącej przez dziesiątki lat w bolesnym rozdwojeniu jaźni.

"To Iniesta mojego życia" - okrzyk i wyraz twarzy Jose Antonio Camacho stały się w Hiszpanii przebojem roku. Tak jak siarczysty pocałunek Ikera Casillasa wymierzony na wizji reporterce Sarze Carbonero - prywatnie narzeczonej bramkarza Realu Madryt. Zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej kapitan drużyny uratował nadzieje 47-milionowego kraju dotykając piłki czubkiem buta po strzale Arjena Robbena. W internetowej ankiecie dziennika "Marca" aż 60 procent ludzi uznało to za piłkarską interwencję roku 2010.

Zwycięski strzał Iniesty w 26. min dogrywki z Holendrami nie był golem roku, ale golem życia. Dla wszystkich Hiszpanów z komentującym finał Jose Antonio Camacho, który w reprezentacji zagrał o 30 meczów więcej niż Iniesta i osiągnął marne wicemistrzostwo Europy. Z obu swoich mundiali (1982 i 1986) wrócił na tarczy, rozstanie z kadrą ogłosił w 1988 roku po klęsce z Niemcami w fazie grupowej mistrzostw kontynentu. Potem przez cztery lata sam był selekcjonerem wprowadzając do kadry Casillasa, XaviegoCarlesa Puyola, ale na Euro 2000 i w MŚ 2002 jego drużyna odpadała w ćwierćfinale (w Korei po skandalicznych błędach arbitrów w starciu z gospodarzami). Ćwierćfinał wielkich imprez stał się dla hiszpańskiej piłki granicą niemocy.

Legendarny obrońca, który w Realu Madryt rozegrał 414 meczów nie był oczywiście najwybitniejszym graczem hiszpańskim. Drugą i czwartą edycję plebiscytu "Złota Piłka" magazynu "France Football" urodzony w Argentynie Alfredo di Stefano wygrywał jako Hiszpan. W 31 meczach dla "La Roja" zdobył 23 gole i niczego z nią nie osiągnął. O jego unikalnej pozycji w światowej piłce zdecydowało to, co zdobył z Realem Madryt (5 Pucharów Europy).

Gdyby ktoś się upierał, że ukształtowany w Argentynie Di Stefano jest złym przykładem, weźmy kolejnego laureata "Złotej Piłki" Luisa Suareza, który w 1961 roku był najdroższym piłkarzem na świecie, po tym jak Barcelona sprzedawała go do Interu Mediolan za 142 tys. funtów. W Mediolanie zdobył dwa Puchary Europy i dwa Puchary Interkontynentalne - w reprezentacji Hiszpanii grał przez 15 lat, na mundialach w 1962 i 1966 jego drużyna nie wyszła nawet z grupy. Na otarcie łez Suarez został mistrzem Europy w 1964 roku, kiedy w finałach obok organizujących turniej Hiszpanów zagrali Węgrzy, ZSRR i Duńczycy.

Być może dlatego spektakularny triumf drużyny Luisa Aragonesa na Euro 2008 mimo wszystko nie został odebrany, jako przełom. W zakamarkach hiszpańskich dusz wciąż żarzył się kompleks mundialu. Przez 80 lat, od kiedy wymyślono mistrzostwa świata pokolenia wybitnych graczy hiszpańskich, którzy w klubowej piłce osiągali wszystko, potrafili zaledwie raz - w 1950 roku w Brazylii przedrzeć się do fazy medalowej zajmując ostatecznie czwarte miejsce.

Dowiedz się więcej na temat: Mundial 2014 | Andres Iniesta | Iker Casillas | Dariusz Wołowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje