Hiszpania odzyskuje nadzieję

Trzynaście milionów widzów non stop oglądało w hiszpańskiej telewizji zmagania "La Roja" z reprezentacją Portugalii. Dwadzieścia milionów na żywo choć przez chwilę śledziło przebieg meczu. Zobaczyli i uwierzyli - że "Czerwona Furia" może zachwycać.

W pokonanie Paragwaju ufa dziewięćdziesiąt procent głosujących w ankiecie "Marki". W dotarcie do finału - ponad połowa. Prawie jedna trzecia głosujących sądzi, że ekipa del Bosque - do wczoraj bezładna zbieranina, teraz już zgrany kolektyw - zdobędzie tytuł. Nadzieję w gorące hiszpańskie serca wlało zwycięstwo i obezwładnienie silnego, agresywnego rywala. Optymizm spływa z hiszpańskich mediów, wyjątkowo zgodnych i zjednoczonych - wzajemne regionalne złośliwości przycichają podczas wielkich imprez.

Reklama

"Hiszpania szukała zwycięstwa i jest w ćwierćfinale. Pierwszy raz od sześćdziesięciu lat półfinał jest na horyzoncie. Grającą w ten sposób reprezentację trudno będzie zatrzymać" - zachwycają się dziennikarze andaluzyjskiego "Diario de Sevilla". Indywidualnym bohaterem meczu prasa zgodnie ochrzciła Davida Villę.

"Nie mógł zagrać dwa lata temu w finale w Wiedniu i teraz nie chce zgubić mundialu. Swoimi bramkami ciągnie hiszpański wóz. Strzelił cztery, ale chce więcej, bo jest nienasycony. Mamy najlepszego napastnika mundialu i trzeba to wykorzystać" - na gorąco podsumował mecz z Portugalią Fran Villalobos, redaktor "Marki", w artykule "Mundial Davida Villi", będącym laudacją ku czci "El Guaje". "Marca" przeprowadziła również specyficzną "relację na żywo" z pojedynku Cristiano Ronaldo z Villą. Więcej podań, więcej strzałów, więcej gry z partnerami i najważniejsze - bramka na wagę ćwierćfinału. Rywalizację DV7 vs CR7 w cuglach wygrał "El Guaje", niemal we wszystkich aspektach gry - rozstrzyga stołeczny dziennik. W zupełnie nie swoim stylu. Gdy mundial się zakończy i nadejdzie sezon ligowy, autor takich tekstów dostałby w redakcji Marki wypowiedzenie umowy o pracę.

Równie kiepsko, co oczywiste, ze skrywaniem zachwytu nad Villą radzi sobie "Sport". Katalońskich dziennikarzy Villa uszczęśliwił nie tylko zwycięską bramką - w dzieciństwie miał plakat swojego nowego klubowego trenera - Pepa Guardioli, jak wyznał w najnowszym wywiadzie. "Człowiekiem nocy" redakcja "El Pais" nazwała jednak Fernando Llorente, zmiennika Fernando Torresa, gdyż rosły Bask zmienił przebieg meczu. "Prawdziwy lew, zdobywał przestrzeń" - dodaje "AS". Wysokie noty zebrał również bohater subtelnych odbiorów, ulubieniec del Bosque, Sergio Busquets. Przypadła mu niewdzięczna rola zastąpienia Marcosa Senny, nieobecnego na mundialu filara "Czerwonej Furii" ze zwycięskich mistrzostw Europy, ale Busquets zdołał zapracować na kilka komplementów: "najbardziej solidarny spośród wszystkich piłkarzy, fantastyczny, gdy musiał bronić pozycji i ubezpieczać ofensywne wyjścia bocznych obrońców" - ocenia "El Pais".

Takimi opiniami nie może cieszyć się kapitan Hiszpanów, Iker Casillas. "Święty" popełnił dwa błędy, ale obyło się bez konsekwencji - nawet Marca, maksymalnie powściągliwa w negowaniu bohaterstwa i geniuszu piłkarzy Realu Madryt, sformułowała delikatną krytykę.

O wiele potężniej prasa uderzyła w Cristiano Ronaldo, największą gwiazdę "Królewskich". Na "bardzo zły" ocenił jego występ "AS". "Kapitan Portugalczyków nie po raz pierwszy pokazuje, że nie potrafi przegrywać" - nie bez satysfakcji "Sport" komentuje nagranie, na którym sfrustrowany Ronaldo spluwa w stronę kamerzysty.

Pomimo przeżywanego rozczarowania, poczucie humoru nie opuszcza portugalskich dziennikarzy. "Juornal Record" nakręcał przedmeczowe oczekiwania obrazkiem na pierwszej stronie: matador Ronaldo prężący obnażony tors przed szarżującym hiszpańskim bykiem. "Wielka faena" - głosił podpis, wykorzystujący pojęcie z terminologii corridy. Ronaldo miał w koncertowy sposób rozprawić się czworonożnym przeciwnikiem, symbolizującym drużynę del Bosque. Skończyło się mniej pomyślnie: "Zostaliśmy złapani" - dzień po meczu na grafice Ronaldo, skulony za bykiem, a potężne zwierze przymierza się do nadziania najdroższego piłkarza globu na zaostrzony róg. W miejsce, które łatwo odgadnąć.

Najwięcej reprezentantów trenerowi Luisowi Aragonesowi dostarczała Valencia. Od przyjścia del Bosque, w kadrze najliczniej panoszą się piłkarze Realu i Barcelony. W meczu o awans do ćwierćfinału od pierwszych minut grał tylko jeden zawodnik Valencii - Portugalczyk Ricardo Costa, jeszcze nawet nie zaprezentowany w nowym klubie. Spotkania nie dokończył, bo - jak ocenił arbiter - Costa uczynił zamach na urodę i strukturę twarzy Joana Capdevili, defensora Villarrealu. Powtórki jednak nie dowiodły, że Portugalczyk próbował łokciem wybić coś z głowy reprezentantowi największych rywali swojego nowego pracodawcy, co skrupulatnie odnotowali walenccy dziennikarze. Ku ich radości, na ostatnie sekundy załapał się inny piłkarz "Nietoperzy", Carlos Marchena. "Superdeporte" dumnie podało, że kapitan Valencii jest pierwszym zawodnikiem z Estadio Mestalla, który zagrał w czterech kolejnych finałach wielkich imprez. Raczej marne pocieszenie po spodziewanym, ale grobowo przeżywanym w Walencji transferze Davida Silvy do Manchesteru City. Wygrana z Portugalią nie zmieściła się na czołówkach gazet i portali z Walencji.

Łukasz Kwiatek

Dowiedz się więcej na temat: La Roja | kapitan | Cristiano Ronaldo | Hiszpania

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje