Franek w wilczej skórze

- W Anglii jeśli nie jesteś dobry i nie dostosujesz się do poziomu, to musisz odpaść. Nie ma mowy o obniżaniu poziomu ligi średnimi piłkarzami - powiedział w rozmowie z "Tylko Piłką Tomasz Frankowski.

Jeszcze w sierpniu ubiegłego roku Tomasz Frankowski przechodził do Elche CF za 950 tys. euro. Gdy włodarze Wisły podpisywali kontrakt z drugoligowym hiszpańskim klubem, piłkarz radził im, by umieścili w umowie zapis o procentowym zysku z ewentualnego kolejnego transferu. Przy Reymonta z ironicznym uśmiechem na ustach mówiono jednak wtedy: "Franiu, a gdzie ty jeszcze pójdziesz? Masz już prawie 32 lata na karku..."

Reklama

W Segunda Division polski napastnik rozegrał 14 meczów i zdobył 8 goli. W październiku swój strzelecki dorobek poprawił jeszcze o pamiętną bramkę w eliminacyjnym meczu MŚ, rozegranym przez naszą reprezentację z Anglią. W styczniu po Tomasza Frankowskiego zgłosił się angielski Wolverhampton Wanderers FC. Za kwotę 1,4 mln funtów (ok. 2 mln euro) transferował Polaka na Molineux Stadium...

- Dlaczego zdecydował się pan na zmianę piłkarskiego klimatu i opuścił hiszpańskie Elche na rzecz The Wolves?

- Wydaje mi się, że z Wolverhampton mam większe szanse na awans do najwyższej klasy rozgrywkowej, a moim marzeniem zawsze była gra albo w Primera Division, albo w Premiership. W Elche brakowało nam przynajmniej trzech dobrych zawodników, aby marzyć o zrealizowaniu takiego celu. Nie znaczy to oczywiście, że nie podobała mi się gra w Hiszpanii. Po prostu nie było tam takiego piłkarskiego potencjału, a ja nie chciałem marnować czasu na grę wyłącznie o II ligę. W Wolverhpamton natomiast wszystko jest podporządkowane awansowi. Mamy lepszą drużynę, a oprócz tego poziom tej ligi jest moim zdaniem wyższy od jej hiszpańskiego odpowiednika.

- Co wiedział pan o "Wilkach" przed podpisaniem kontraktu?

- Przyjechałem tutaj wcześniej na rozmowy. Zobaczyłem, że klub jest zorganizowany na piątkę. Pamiętam, że podobnie było, kiedy grałem w Strasbourgu. Z kolei Elche i Wisła organizacyjnie na pewno są o klasę niżej. Poznałem też trenera Hoddle'a i wiedziałem już, że warto związać się z tym klubem.

- Jakim trenerem jest zatem Glenn Hoddle?

- Widać, że Hoddle był świetnym piłkarzem. Nie komplikuje zajęć. Skupiamy się przede wszystkim na tym, co najważniejsze w piłce, czyli na umiejętnościach i stałych fragmentach gry. Mamy też rozmowy formacjami, osobno napastnicy, pomocnicy i obrońcy. Często też w szatni rodzi się polemika, w której zawodnicy dyskutują z trenerem. Hoddle nie przesadza jednak z taktyką. Nie bawi się w przesuwanie piłkarzy i nie mówi, gdzie każdy z nas ma się poruszać i biegać. Dzięki temu nie zabija w nas spontaniczności.

- Ale przecież gdyby przykładowo nie Jose Mourinho i jego pomysły taktyczne związane z odpowiednim przesuwaniem graczy, Chelsea nigdy nie osiągnęłaby poziomu, który reprezentuje!

- Tak, ale to już jest światowy poziom. Tam umiejętności piłkarskie idą w parze z taktyką. U nas są inne cele, dlatego też piłkarzom jest pozostawiona większa swoboda, która ma przynieść efekty w postaci awansu do Premiership. Wówczas z pewnością więcej czasu będzie trzeba poświęcić poprawie organizacji gry w obronie. Teraz mamy inne cele, a one determinują sposób gry.

- Czy trener chce, byście narzucali swój sposób gry, czy uzależnia to od przeciwnika?

- Uzależnia od przeciwnika. Bywa, że jeden z naszych zawodników ma pełnić rolę tzw. plastra. Przed każdym meczem zwraca nam też uwagę na rozgrywanie stałych fragmentów gry przez rywala. Jeśli chodzi o system, to u siebie gramy zazwyczaj 4-4-2. Dopóki grałem w pierwszym składzie, tak samo wyglądało to na wyjeździe. Kiedy usiadłem na ławce, trener zmienił ustawienie na 4-5-1. Wygraliśmy trzy mecze z rzędu. Na razie ten schemat się sprawdza.

- Widziałem wasz mecz w takim właśnie wykonaniu z QPR na Loftus Road, ale wówczas przy takim systemie nie za bardzo znajdzie się miejsce dla pana, chyba się nie mylę?

- To prawda. Wysuniętego napastnika gra potężny Cort, który dla trenera jest na razie niezbędny. Za nim gra dwóch szybkich skrzydłowych Miller i Aladiere, a w środku pomocy trójka piłkarzy. Kiedy jednak wchodzę na boisko, staję się zazwyczaj partnerem Corta i przestawiamy się na 4-4-2.

- A w jakim systemie woli pan grać?

- Raczej 4-4-2, chociaż paradoksalnie pamiętam pierwszy sezon u trenera Smudy w Wiśle Kraków. Graliśmy wtedy właśnie 4-5-1. Byłem jedynym napastnikiem i miałem za sobą trzech ofensywnych partnerów: Kulawika, Czerwca i Sundaya. Nie dość, że mieli świetne ostatnie podania, to jeszcze potrafili wykańczać akcje. Dużo zależy zatem od wizji trenera.

- Grał pan już w lidze francuskiej, hiszpańskiej, japońskiej, polskiej. Czy zaskoczyła czymś liga angielska?

- Szczerze mówiąc, tempem rozgrywania spotkań. Tutaj naprawdę od 1 do 90 minuty zawodnicy harują na boisku. Są świetnie przygotowani fizycznie. Na tempo wpływ ma też bez wątpienia sędziowanie. Arbitrzy nie są drobiazgowi i nie gwiżdżą wielu fauli, dzięki czemu gra jest płynna. Czasami jednak szybsza gra powoduje w naszej drużynie, a także w innych zespołach Championship, chaos. Przykładowo, gdy boczny obrońca ma piłkę, zazwyczaj zagrywa tylko "świecę" na skrzydło, a ja z kolei wychodzę mu do małej gry. Potem są pretensje, że nie byłem w odpowiednim miejscu... Cóż, trzeba będzie się przestawić.

- Poruszył pan niezwykle istotny temat przygotowania fizycznego. Dlaczego u nas w Polsce jest z tym wielki problem? Jak to jest, że Anglicy są tak dobrze przygotowani pod tym względem?

- Po pierwsze przeprowadzana jest tutaj właściwa selekcja. Średniaków się eliminuje, bo jest dużo dobrych piłkarzy. U nas średniaków się bierze, bo uważa się, że nie ma lepszych. W Anglii, jeśli nie jesteś dobry i nie dostosujesz się do ich poziomu, musisz odpaść. Nie ma mowy o obniżaniu poziomu ligi średnimi piłkarzami. Inna sprawa, że Anglicy mają fundusze na takie rotacje i zakup nowych zawodników. W Championship naprawdę jest wiele uznanych nazwisk. Wystarczy spojrzeć na nasz skład: Paul Ince, Darren Anderton, Jeremie Aladiere, reprezentant Szkocji Kenny Miller, czy niemieszczący się ostatnio w meczowej "18" Rumun Ganea. Wracając jeszcze do świetnego przygotowania fizycznego Anglików, to na pewno jest mniej jednostek treningowych, a więcej gry meczowej. Jeśli trenujemy, to bardzo intensywnie i krótko. Mamy wtedy rozgrzewkę, 30-minutową gierkę na maksymalnych obrotach i ćwiczymy stałe fragmenty gry. W Hiszpanii trenowaliśmy dużo częściej, nawet dwa razy dziennie, i dłużej. Więcej czasu poświęcaliśmy taktyce. W Wiśle Kraków też trenowaliśmy długo, tylko że na mniejszych obciążeniach. Pamiętam, że trener Smuda chciał godzinę treningu na "maxa", a trener Kasperczak dwie godziny na pracy tlenowej. To zależy już od trenera. W Anglii motorykę wyrabia się po prostu meczami, których jest dużo więcej.

- Może pan porównać poziomy Championship (odpowiednik II ligi polskiej) i naszej ekstraklasy?

- Stawiam na Championship. Widzę różnicę po ilości goli i dochodzenia do sytuacji strzeleckich w meczach ligi polskiej i angielskiej. Ogromny wpływ ma wspominane intensywne tempo. W Polsce okazję miałem przy tętnie "150" (150 uderzeń/minutę). Tutaj, na razie, gdy dochodzę do strzału to już jestem zdyszany, bo mam "200". Cały czas pracuję, aby to poprawić. Poza tym Championship jest bardzo wyrównaną ligą. Kiedy oglądałem fragmenty meczu lidera Reading z ostatnim w tabeli Crewe i nie wiedziałem, kto gra w jakich koszulkach, to przyznam szczerze, że nie zauważyłem żadnej różnicy (ostatecznie Reading - Crewe 4-3 - przyp.red.).

- Jak bardzo jest wyczuwalna w klubie presja awansu do fazy play-off Championship?

- Cel jest oczywiście jasno postawiony, ale tak naprawdę, nie wyczuwam żadnego ciśnienia, bo nie mówię jeszcze po angielsku (śmiech). Z Aladierem rozmawiam po francusku. Z kolei z mieszkającymi obok mnie Węgrami (Denes Rosa i Gabor Gyepes - przyp. red.) gestykuluję i trochę wygląda to komicznie. Na razie na ten temat za dużo jednak nie wymachują rękami, więc nie wyczuwam żadnej presji (śmiech).

- W oskarowej gali Canalu+ został pan uznany za najlepszego piłkarza 2005 roku. Czym jest dla pana ta nagroda?

- Sprawiła mi wielką radość. W poprzednim roku zostałem najlepszym napastnikiem ligi. Widać zatem oscarową progresję, z której bardzo się cieszę, zwłaszcza że wybierał najwłaściwszy elektorat. Rywalizacja była jednak tak wielka, że każdy mógł wygrać. Tym bardziej byłem pozytywnie zaskoczony, kiedy zobaczyłem, że otrzymałem aż 40% głosów, a drugi Ebi miał już tych procent o ponad 20 mniej. Czy to jest moje apogeum? Nie zabieram się jeszcze do wieszania butów na kołku (śmiech).

W Wolverhampton rozmawiał Filip Surma (Canal+)

UWAGA! Jutro tylko w INTERIA.PL wywiad z trenerem Tomasza Frankowskiego, Glennem Hoddle'm.

Dowiedz się więcej na temat: mowy | śmiech | frankowski | Tomasz Frankowski | franek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL