Bezludna wyspa Vicente del Bosque

„Mundial w Brazylii to dla nas ostatni pociąg” – mówi Iker Casillas, który wrócił do bramki mistrzów świata na inaugurację Pucharu Konfederacji. Hiszpanie zagrali świetny mecz bezdyskusyjnie bijąc Urugwaj 2-1.

Vicente del Bosque jest dopiero pierwszym trenerem, który prowadzi kadrę Hiszpanii na czterech turniejach (MŚ 2010, Euro 2012 i dwa Puchary Konfederacji). To fakt w zasadzie wystarczający do uzmysłowienia sobie trudnej historii "La Roja". Kolejne porażki i karuzela selekcjonerów naznaczyły futbol hiszpański do tego stopnia, że z rozpędu zmiany na stanowisku dokonano nawet po wygranym Euro 2008, kiedy odszedł Luis Aragones. Od niego zaczęła się wielka era, i wciąż nie wiadomo, do kiedy potrwa? Iker Casillas ma nadzieję, że jeszcze rok, do mundialu w Brazylii.
 
Gdyby spojrzeć na zdjęcie reprezentacji Hiszpanii z 10 lipca 2008 roku, gdy meczem z Rosją zaczynała podbój Starego Kontynentu, ujrzelibyśmy na nim Xaviego, Iniestę, Ramosa i Casillasa. Ta czwórka przetrwała 5 lat nienotowanych sukcesów, wczoraj rozpoczynając w podstawowym składzie pojedynek z Urugwajem w Pucharze Konfederacji. Najbardziej przeżył go Casillas, który miał za sobą ponad cztery miesiące spędzone na ławce dla rezerwowych. W tym czasie Victor Valdes uratował drużynie kluczowe w eliminacjach brazylijskich mistrzostw świata zwycięstwo z Francją w Paryżu i wydawać się mogło, że osiągnął przewagę nad legendarnym konkurentem.
 
Siła spokoju triumfowała raz jeszcze. Casillas to dla Del Bosque coś więcej niż bramkarz. Kapitan drużyny, jeden z duchowych przywódców grupy, w Realu został zredukowany do roli zwykłego śmiertelnika przez Jose Mourinho. Wczoraj selekcjoner Hiszpanów w symboliczny sposób przywrócił mu dawne miejsce. Del Bosque jest zbyt poprawny, by otwarcie atakować niedawnego trenera "Królewskich", ale wiadomo, że nie zabrałby go ze sobą na bezludną wyspę.

Są jak woda i ogień, choć obaj osiągnęli dużo. "Nie rozumiem trenerów, wiecznie niezadowolonych, którzy po każdym meczu szukają sędziowskich spisków, a na każdym treningu wściekają się na swoich zawodników. Czy oni w ogóle znajdują choć chwilę radości z wykonywania tego zawodu?" - to retoryczne pytanie selekcjonera Hiszpanów znakomicie pokazuje różnicę.
 
W 88. min Luis Suarez pokonał Casillasa strzałem z rzutu wolnego zdobywając honorową bramkę dla triumfatorów Copa America. Dziś, cała hiszpańska prasa komentuje, że było to uderzenie absolutnie nie do zatrzymania. Mourinho byłby zapewne innego zdania.
 

Reklama

Z pewnością na bezludną wyspę Del Bosque mógłby się wybrać z Oscarem Tabarezem. Selekcjoner Urugwajczyków uczciwie przyznał, że szczególnie w pierwszej części gry przewaga Hiszpanów mogła zaowocować katastrofalnym wynikiem dla jego drużyny. Najpierw Pedro zdobył swoją 11 bramkę dla reprezentacji w tym sezonie (pierwszą strzałem zza pola karnego), kibicom Barcelony trudno dostrzec w nim tego samego gracza, który spisywał się w klubie tak przeciętnie. To samo Cesc Fabregas, kolejny z wychowanków "La Masii" mający w reprezentacji więcej do powiedzenia, niż w Barcelonie. Przy golu Soldado zaliczył już 15. asystę w erze Del Bosque, więcej (17) ma tylko Xavi Hernandez.
 
Siła spokoju selekcjonera Hiszpanów jest porażająca. Dla niego ani Casillas nie skończył się, jako wielki bramkarz, ani gracze Barcelony nie wyczerpali swojego potencjału. Andres Iniesta znów był nr 1 na boisku, otoczony przez kolegów z klubu Cesca, Pedro, Xaviego, Busquetsa, Albę i Pique tańczył z piłką jak artysta. Wydaje się, że paradoksalnie tiki taka znajduje swój najmocniejszy bastion w drużynie narodowej.
 
Do kiedy potrwa wielka gra Hiszpanów? Casillas wierzy, że do mundialu za 12 miesięcy. "To dla nas ostatni pociąg" - stwierdza dając do zrozumienia, że potem on i Xavi oddadzą młodym władanie nad drużyną. Być może odejdzie też Del Bosque. "Każde kolejne zwycięstwo przybliża cię do nieuchronnej porażki" - mówi filozoficznie Iniesta. Hiszpanie na każdym kroku podkreślają jednak, że Puchar Konfederacji to jedyne trofeum, którego nie zdobyli.
 
Oczywiście tak Brazylijczycy, Włosi, jak i mistrzowie świata traktują Puchar Konfederacji, jako "rozpoznanie walką" przed mundialem (z faworytów brakuje właściwie tylko Niemców i Argentyńczyków). Dziś emocje są jeszcze umiarkowane, dobrze jest jednak poczuć własną siłę, na tle wielkich rywali. To udało się wczoraj obu najlepszym drużynom Euro 2012.

Pod batutą rozgrywającego setny mecz w zespole narodowym Andrei Pirlo orkiestra z Italii totalnie zdominowała pogubionych Meksykanów, wygrywając w najniższych możliwych rozmiarach 2-1. Grała przy tym wciąż ten widowiskowy, ofensywny futbol, który zaprowadził ją do finału ostatnich mistrzostw Europy. Tylko patrzeć a Del Bosque zaprosi na swoją wyspę Cesare Prandellego. Futbol włoski i hiszpański nigdy nie miały ze sobą więcej wspólnego.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama