Bayern Monachium - od zera do bohatera

Po najgorszym od 43 lat starcie sezonu Bayern Monachium znów jest chlubą Bundesligi. Luis van Gaal, który przetrwał w Monachium tylko cudem, myśli o kolejnym cudzie z Barceloną w finale Champions League.

"Ten Bayern nie ma nawet wystarczającej jakości, by walczyć o najwyższe miejsca w Bundeslidze, a co dopiero marzyć o rywalizacji międzynarodowej". Nie cytuję słów Stefana Effenberga, żeby wyśmiewać jego pomyłkę. W końcu sierpnia po klęsce z Mainz największy niemiecki klub "fundował" swoim kibicom najgorsze od 43 lat wejście w sezon. Były charyzmatyczny kapitan nie czepiał się nawet nowego trenera Louisa van Gaala, zwracał jednak uwagę, że "obecnym gwiazdkom" brakuje nie tylko klasy, ale i motywacji. Effenberg wspominał swój Bayern z Lizarazu i Kahnem, w którym jeden bił się za drugiego, co zaprowadziło drużynę do dwóch finałów Champions League (1999 i 2001).

Reklama

Obecny Bayern był na dnie (14. miejsce w Bundeslidze), pogrążony w kłótni z Franckiem Ribery'm o transfer do Realu Madryt. Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała z Lucą Tonim, którego w końcu trzeba było oddać Romie. Być może jednak, bez tego początku, drużyna nie wdrapałaby się po półtora roku na szczyt Bundesligi i, po dziewięciu latach oczekiwań, nie dotarła do półfinału Champions League? Zły start był impulsem dla piłkarzy, a przede wszystkim dla szefów klubu, którzy wysupłali z kasy 25 mln euro na Arjena Robbena.

Na razie "piłkarz ze szkła" sprawdza się w Monachium doskonale dając dość siermiężnej drużynie powiew geniuszu i nieprzewidywalność. To jego gole rozstrzygnęły rywalizację z Fiorentiną w 1/8 finału Champions League, a także niewiarygodną batalię z Manchesterem United o prawo gry w półfinale. "To było dzieło sztuki" - powiedział van Gaal o strzale rodaka na 2-3, łamiącym serca fanów z Old Trafford. Bawarczycy, którzy przegrywali w obu meczach, odbudowali stary germański mit. Bili się do końca, na chwilę nawet nie tracili nadziei i mimo poważnych luk w składzie, mogą dziś marzyć o najwyższych zaszczytach. Są pierwszym od trzech lat zespołem, który zagrodził drużynie Aleksa Fergusona drogę do finału Ligi Mistrzów.

Na dobrą sprawę Bayern powinien przepaść już w fazie grupowej. Po czterech kolejkach przestał zależeć od siebie, cień nadziei uratowało mu zwycięstwo Bordeaux nad Juventusem. W ostatniej kolejce trzeba było wygrać w Turynie, drużyna podniosła się od stanu 0-1. Co nie zabija, to wzmacnia?

Były trener Barcelony musi ukrywać wiele luk w składzie, szczególnie w obronie. Odejście Lucio do Interu sprawiło, że odpowiedzialność za środek spadł na Daniela van Buytena, tego samego, który w eliminacjach Euro 2008 zawalił Belgom mecz z Polakami w Brukseli. Van Buytenowi wciąż zdarzają się niedopuszczalne kiksy, we Florencji mogły kosztować bardzo drogo, z pomocą przyszedł jednak Robben. 21-letni Holger Badstuber ma być ponoć kiedyś wybitnym stoperem. Na razie jednak przesunięty z musu na lewą stronę wygląda nieporadnie i pokracznie jak piłkarski emeryt notorycznie spóźniony za skrzydłowym.

W środku pomocy trudno szukać graczy kreatywnych: Schweinsteiger i Van Bommel są od dostarczania piłki na boki, gdzie brylują Ribery i Robben. Bayern odżył, bo uwierzył Karlowi-Heinzowi Rummenigge - po transferze Holendra prezes ogłosił, że zespół ma najlepsze skrzydła w Europie. Uniosły one Bayern wysoko. Znakomitym ruchem okazało się też zatrudnienie Ivicy Olica. Klub wydał 40 mln na Mario Gomeza i Anatolija Tymoszczuka, tymczasem to sprowadzony za darmo Chorwat był obok Robbena największym bohaterem meczów z Manchesterem. Dwa gole zdobył w zasadzie bez pomocy kolegów. Dziś myśli o nim Manchester City, co jest gwarancją wielkich zysków.

Bayern myśli teraz jednak, o czym innym. O półfinale z Lyonem? Nawet więcej: o finale z Barceloną, z którą van Gaal ma rachunki krzywd do wyrównania. "Grają nadzwyczajnie, na dziesięć meczów wygraliby z nami dziewięć, ale istnieje prawdopodobieństwo, że 22 maja na Santiago Bernabeu zdarzy się ten dziesiąty" - mówi holenderski trener. Po takim początku jak w Monachium Van Gaala wyleciałby z wielu klubów. Uratowała go jednak wytrwałość i cierpliwość niemieckich szefów. Dziś Bayern znów jest wizytówką Bundesligi, najbardziej dynamicznie rozwijających się w Europie rozgrywek.

W Niemczech jest najlepsza frekwencja na meczach ligowych (średnio ponad 41 tys), pod tym względem Bundesliga bije naszpikowane gwiazdami Primera Division i Premier League. Na dodatek kluby niemieckie nie toną w długach, przeciwnie dochody I i II ligi rosną od pięciu lat. Stadiony są nowoczesne, drużyny budowane z kalkulatorem w ręku, rozgrywki wyrównane i pasjonujące. Niemcy nie żałują na szkolenie młodzieży, niedawno narzekali na deficyt gwiazd - dziś są mistrzami Europy we wszystkich kategoriach wiekowych (poza seniorami - wicemistrzami Euro 2008). Brakowało im międzynarodowego sukcesu klubów. Bayern jest od niego o krok.

Bawarczycy dokonali w tej edycji bardzo wiele dla całej ligi. Pokonując Juventus i Fiorentinę zrobili wielki krok w boju z Serie A o trzecie miejsce w rankingu UEFA dające prawo wystawienia w kolejnej edycji Champions League czterech drużyn. Włochom został jednak Inter. Gdyby 22 maja na Bernabeu Bayernowi przyszło grać z zespołem Jose Mourinho, byłby to finał dwóch najbardziej wygłodniałych kolosów w całej klubowej piłce. Inter nie wygrał Pucharu Europy od 45 lat.

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim!

Dowiedz się więcej na temat: myśli | van gaal | Liga Mistrzów | Bayern Monachium | Monachium

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje