Bartłomiej Grzelak, czyli "good job, son"

Bartłomiej Grzelak przenosi się z Widzewa Łódź do Legii Warszawa. Ze stołecznym klubem zwiąże się na okres 3,5 roku.

Nie ma wątpliwości, że transfer wciąż aktualnego króla strzelców drugiej ligi to jedno z wydarzeń zimowej przerwy. Ze świeżo upieczonym reprezentantem Polski rozmawiamy o początkach jego kariery oraz o tym, dlaczego wybrał akurat klub z Łazienkowskiej.

Reklama

- Zamieszanie transferowe wokół pana osoby już się skończyło.

- Już byłem zmęczony tym wszystkim. Jeszcze w piątek przeszedłem komplet badań lekarskich, które wypadły dobrze, zatem podpisanie kontraktu z Legią to tylko formalność.

- Dlaczego Legia?

- Bo to klub, który w każdym sezonie walczy o najwyższe cele. Poza tym działacze Legii byli chyba najkonkretniejsi i najbardziej zdeterminowani by mnie zatrudnić.

- Myślał pan tylko o swoim kontrakcie, czy również o ekwiwalencie dla Widzewa?

- Chciałem też, by jak najwięcej zyskał Widzew. Łódzki klub dostał godziwe pieniądze, które można wydać na 2-3 niezłych piłkarzy. Nie ukrywam jednak, że myślałem również o swoim koncie. Kariera piłkarza jest krótka i ja również muszę zapracować na swoją przyszłość.

- Pobyt w Legii to tylko przystanek przed wyjazdem zagranicznym?

- Wszystko zależy od tego, jak będę się prezentował wiosną. Jeśli zagram dobrze dla klubu i w reprezentacji, to czemu nie?

- Nie tylko Legia chciała Grzelaka...

- Najkonkretniejsze były propozycje z Wisły Kraków, Zagłębia, no i rzecz jasna z Legii. Długo wydawało się, że najbliżej mi do Zagłębia, ale mocno w rozmowy włączyła się Legia. Stołeczni działacze wszystko zdołali załatwić w ciągu trzech dni.

- Podobno pytał o pana również trener Cracovii Stefan Majewski.

- To prawda, jednak Cracovii byłoby trudno wyłożyć za mnie większe pieniądze, także temat dość szybko upadł. Niezwykle szanuję trenera Majewskiego i chciałbym znowu pracować pod jego okiem, może w przyszłości stanie się to ponownie.

- Nie było ofert zagranicznych?

- Mocny klub zagraniczny mógłby zainteresować się mną dopiero wtedy, gdybym zagościł na dłużej w reprezentacji. Konkretna propozycja przyszła z CSKA Sofia. Rozmawiałem z prezesem na ten temat, ale Bułgarzy ponoć zachowali się niezbyt poważnie i temat nie został podjęty. Były również jakieś zapytania z innych lig, m.in. z belgijskiej, ale bez konkretów.

- Legia zapłaciła 600 tysięcy euro. To dużo czy mało?

- Nie wiem. Pierwotnie mówiło się o milionie euro, ale to chyba byłaby zbyt wygórowana cena. Ostatnio pojawiała się kwota 2 milionów złotych. Jest ostatecznie troszeczkę więcej, więc myślę, że nie jest to zła cena.

- Ta podwyżka nastąpiła po debiucie w reprezentacji Polski?

- Nie wiem, czy to miało wpływ. Kadra była w eksperymentalnym składzie. Mówmy raczej o szerokim zapleczu reprezentacji. Nie akcentowałbym tak mocno tego występu.

- Z Legii bliżej do regularnych występów w kadrze?

- Zdecydowanie! To klub ze świecznika, który zawsze gra w europejskich pucharach. Pokazać się na boiskach międzynarodowych, to ogromny handicap w staraniach o wywalczenie miejsca w reprezentacji. Beenhakker na pewno ogląda takie mecze i jest okazja, by się wykazać.

- W Zjednoczonych Emiratach Arabskich może i zagrali dublerzy, ale jak jeden z nich strzelił dwie bramki, to chyba może się spodziewać kolejnego powołania.

- Trzeba zapytać selekcjonera. Patrzę na to chłodno. Jeśli nie dostanę powołania, nie będę pełen pretensji. Zdaję sobie sprawę, jaka konkurencja jest w linii napadu naszej kadry.

- Miał pan jednak wyjątkowo mocne wejście do tej rywalizującej grupy.

- Czy ja wiem? Na pewno jestem zadowolony ze zdobycia dwóch bramek, ale z gry trochę mniej. Napastnika rozlicza się wprawdzie głównie z bramek i w tym sensie zadanie wykonałem. Zwykle jednak dużo więcej oczekuję od siebie.

- Czuje się pan na siłach by grać już teraz w pierwszej reprezentacji?

- Nie wiem, jak by to wyglądało w meczu o stawkę. Może na początku strach trochę by mnie sparaliżował. Podobnie zresztą wyglądało to w Abu Zabi, gdzie w pierwszych minutach zmarnowałem świetną okazję. Wiedziałem, że od tego meczu wiele zależy i chciałem za wszelką cenę strzelić gola. Gdy mi się to udało, grałem na luzie. Uważam, że jestem w stanie zagrać zawsze na przyzwoitym poziomie. Czuję się zatem jak najbardziej na siłach.

- Jak ocenia pan konkurentów do gry w reprezentacyjnym napadzie?

- Żurawski, Frankowski, Matusiak czy Rasiak to świetni napastnicy. Nie łatwo będzie wygrać z nimi rywalizację.

- Jak się pracowało z trenerem Beenhakkerem?

- Miło wspominam tydzień pod jego okiem. To fachowiec z najwyższej półki. Ma ogromną charyzmę. Jest stanowczy i zdecydowany. Wie czego chce od zawodników. Daje im proste polecenia, które docierają do zawodnika.

- Szkoła trenerska Holendra różni się od tej, którą stosują polscy szkoleniowcy?

- Współpracowałem z wieloma trenerami i mogę powiedzieć, że filozofia futbolu nie różni się wiele. Natomiast Beenhakker przykłada wagę do wielu w zasadzie prostych spraw, ale nie spotkałem się, by któryś trener ligowy zwracał na to uwagę.

- Jakie to sprawy?

- Tego nie chciałbym zdradzać. Nie wypada mi przytaczać tego, co trener Beenhakker mówił na odprawach. Takie rzeczy powinny zostać w szatni.

- Chodzi o kwestie mentalne?

- Także, ale również o sprawy typowo piłkarskie, wiążące się z zadaniami, które zawodnik musi wykonać na boisku.

- Beenhakker dużo rozmawia z zawodnikami?

- Tak, ale raczej zwraca się do nich wszystkich razem, mało jest rozmów indywidualnych. Tym bardziej miło mi było, gdy schodząc do szatni podał mi rękę i powiedział "Good job, son".

- W kadrze jest pan, jest też Matusiak i Jeleń. Co was łączy?

- Na pewno chodzi o to, że wszyscy graliśmy w Płocku.

- Z tej trójki jednak tylko Jeleń się wybił w Płocku, a wam się to udało dopiero w innych klubach. Dlaczego?

- Z różnych względów. Jeleń wybił się, bo będąc w Płocku był ukształtowanym zawodnikiem. Zresztą, moim zdaniem, na dziś to najbardziej wartościowy piłkarz reprezentacji. Ma ogromne umiejętności i potencjał motoryczny. Nie dziwię się, że zrobił karierę w Płocku. Zagranicą też ją zrobi. Dlaczego nie udało się innym? Na przykład Radek sam wspomina, że wtedy nie wiedział jeszcze co jest dla niego najważniejsze. Nad piłkę przekładał zabawowy tryb życia. Jeśli chodzi o mnie, to chyba zaważyły urazy, których w Płock miałem bardzo dużo.

- Mówi się, że jak piłkarz chce się oduczyć grać w piłkę, to powinien iść do Płocka. Jak skomentuje to wychowanek tej drużyny?

- Tam jest specyficzny klimat wokół drużyny. Stwarzają go głównie szyderczy dosyć kibice. Duża wina jest też działaczy i trenerów, którym brak konsekwencji. Ściągają młodych i zdolnych zawodników, a potem na nich się stawiają. Przykłady można mnożyć: Łobodzińśki, Rogalski, Pachelski, Mila, Sobolewski. Oczywiście, każdemu nie powidło się w Płocku z trochę innych przyczyn.

- Z tych wszystkich zawodników można stworzyć jedenastkę walcząca o najwyższe cele.

- No właśnie. Wychodzi na to, że scouting mają nie najgorszy, ale coś się psuje.

- Skoro jesteśmy już przy temacie klubu z Płocka, którego jest pan wychowankiem, to proszę opowiedzieć początek swojej kariery.

- W piłkę grałem od najmłodszych lat. Zawsze miałem bardzo wymagających trenerów. Szkoleniowcem, który chyba najwięcej włożył w moje szkolenie jest pan Tadeusz Prosowski, któremu jestem bardzo wdzięczny.

- W jakim wieku zaczął pan treningi?

- Miałem jakieś 6 lat. Zawsze miałem pociąg do piłki i grałem w nią na podwórku ze starszymi kolegami. Często wracałem do domu poobijany i tata stwierdził, że lepiej bym uprawiał tę dyscyplinę bardziej profesjonalnie, w klubie, niż bym miał biegać po szkolnych boiskach i tracić czas.

- Jakieś tradycje sportowe w rodzinie były?

- Żadnych.

- W wieku juniorskim miał pan jakieś sukcesy?

- Największym sukcesem juniorskim było 5. miejsce z Wisłą Płock w mistrzostwach Polski. Niestety, grałem tylko w części meczów, bo przytrafiła mi się jakaś kontuzja.

- W reprezentacjach młodzieżowych też pan grywał?

- Byłem parę razy powoływany przez trenera Klejndinsta, ale występy zawsze uniemożliwiały mi kontuzje, które prześladowały mnie przez cały okres pobytu w Płocku.

- Debiut w ekstraklasie zaliczył pan w 2001 roku, ale w lidze pograł jedynie pół roku.

- Ten epizod był krótki. To był okres, gdy zespół prowadzili trenerzy Wdowczyk i Wiśniewski. Obaj systematycznie na mnie stawiali. Jednak w kolejnym, drugoligowym sezonie, złapałem poważną kontuzję mięśnia dwugłowego. Dość długo się leczyłem, a gdy już wróciłem do zdrowia, to plany się zmieniły i dano mi wolną rękę w szukaniu klubu.

- Jak wspomina pan okres pracy z Wdowczykiem?

- Bardzo miło. To trener o dobrym warsztacie i umiejętnościach motywacyjnych. Prowadził ciekawe treningi i przede wszystkim systematycznie stawiał na mnie. Możliwość współpracy z nim była jednym z argumentów za wybraniem oferty Legii.

- Z Płocka został pan wypożyczony do ŁKS. To był chyba całkowicie nieudany okres kariery?

- Winy szukam również w sobie, ale szczerze mówiąc wtedy klub funkcjonował dramatycznie. Młodym chłopcom klub nie płacił przez 3-4 miesiące. Oni autentycznie nie mieli za co żyć. Jak więc mieli koncentrować się na treningach, skoro martwili się - mówiąc bez żadnej przesady - co zjedzą na drugi dzień?

- Pana też dotyczyły te problemy?

- Tak, na szczęście mi pomagali rodzicie. Nie pochodzę jednak z zamożnej rodziny, więc musiałem i tak żyć skromnie i oszczędnie, ale przynajmniej nie chodziłem głodny, a wiem, że niektórzy marzyli tylko o tym, by się porządnie najeść.

- Po nieudanej przygodzie z drugoligowym wówczas ŁKS, było kolejne wypożyczenie, tym razem do trzeciej ligi, do Unii Janikowo.

- To był bardziej udany okres. Szło mi bardzo dobrze, ścigałem się o koronę króla strzelców z Klattem z Kujawiaka. On zdobył 16 goli, ja o jednego więcej, ale jego zespół zajął pierwsze miejsce w tabeli, a my drugie. Oni weszli do II ligi, a my w barażach przegraliśmy ze Stasiakiem.

- Sezon w Janikowie był przełomowy?

- Zyskałem tam pewność siebie. Razem z Piotrkiem Klepczarkiem stanowiliśmy o sile drużyny. Sprawdzaliśmy się bardzo dobrze, choć obiektywnie Kujawiak był wtedy zdecydowanie silniejszy. Czas zresztą pokazał, że bez większych wzmocnień zespół z Włocławka radził sobie znakomicie w drugiej lidze.

- Jak to bez wzmocnień, skoro trafili tam Grzelak z Klepczarkiem?

- Tak, ale ja nie byłem wielkim wielkim wzmocnieniem. Grałem nie najgorzej, miałem sporo asyst, ale strzeliłem tylko 3 gole. Napastnika rozlicza się przecież z bramek.

- Był pan trochę w cieniu Klatta?

- Tak, Marcin był tym wysuniętym napastnikiem. Ja trochę bardziej odpowiadałem za kreowanie gry. Może stąd trochę mniejsza ilość goli, choć zawsze jakieś tam sytuacje miałem.

- Gdy przychodził pan do Widzewa, trener Majewski mówił, że ściągnął najlepszego napastnika z Kujawiaka, choć w tym samym czasie Klatt przeniósł się do Legii.

- Trener Majewski zawsze jest zdecydowany w swoich ocenach. Jak już się przekona do kogoś, to konsekwentnie na niego stawia. We mnie zawsze wierzył i bardzo jestem mu za to wdzięczny.

- Czas chyba pokazał, że miał rację. Klatt szybko skończył przygodę z Legią, a teraz jest znowu w drugiej lidze, za to pan zadebiutowałeś w reprezentacji.

- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Ciężko było przewidywać wtedy, jak nasze kariery się potoczą.

- A może silna pozycja Klatta w Kujawiaku była nieco po znajomości, ze względu na funkcję sprawowaną przez jego ojca?

- Nie, na pewno nie. Marcin grał wtedy bardzo dobrze i na pewno nie miał miejsca po znajomości. W tamtym sezonie Kujawiaka prowadziło trzech trenerów. Do trenera Czesława Jakołcewicza mam ogromny szacunek, to świetny szkoleniowiec, z którym miło się pracowało. Potem był pan Tyszkiewicz, za którego kadencji wyniki mieliśmy trochę słabsze. Po nim zatrudniony został Baniak. On odbudował wszystko i zaczęło to jakoś iść. Wszyscy trzej konsekwentnie stawiali na nas obu. Trudno mi zatem byłoby mieć do nich jakieś pretensje.

- Nie męczyły pana ciągłe wypożyczenia?

- Męczyły. Chciałem odejść definitywnie z Wisły Płock, ale działacze woleli mnie wypożyczać, licząc, że sprzedadzą mnie za duże pieniądze. No i w końcu sprzedali do Widzewa, za - w ich mniemaniu - duże pieniądze. Potem sytuacja uległa zmianie.

- Jaka to była kwota?

- 200 tysięcy złotych.

- Podobno nie tyle Widzew pana kupił, co sam się pan wykupił z Płocka.

- (śmiech) To była akcja zorganizowana. Wiadomo, że panowie Boniek i Dmoszyński nie dogadują się zbyt dobrze. Dlatego dostałem pieniądze i sam się wykupiłem. A dokładniej mówiąc, załatwił sprawę mój menedżer, bo ja nie miałem już ochoty na spotkania z panem Dmoszyńskim.

- Prezes Dmoszyński nie miał pretensji, że zrobiliście mu taki numer?

- Pretensje to on może mieć tylko do siebie.

- W Widzewie miał pan najlepsze półtora roku w karierze.

- Bez wątpienia. Dzięki panu Majewskiemu, który zdecydowanie postawił na mnie. Dał mi konkretne zadania. Nie było ich dużo, bo trener Majewski uważa, że im mniej zadań piłkarz ma do wykonania, tym lepiej się z nich może wywiązać. Miałem właściwie strzelać gole. Dodatkowo pomagałem trochę w konstruowaniu akcji. Wydaje mi się, że wywiązywałem się z tego wszystkiego.

- Spodziewał się pan, że miniony sezon może być aż tak udany?

- Spodziewałem się, że zrobię postęp i pod okiem trenera Majewskiego podwyższę umiejętności. Jednak aż tak dobrego sezonu nie spodziewałem się. Było to tym prostsze, że w Widzewie wszystko było poukładane. Od spraw sportowych, na finansowych kończąc. Wszystko zawsze było dopięte na ostatni guzik.

- Nie miał pan obaw, że jako byłego gracza ŁKS kibice Widzewa nie zaakceptują Grzelaka?

- W ŁKS nie byłem znanym piłkarzem. Zresztą - z opisanych wcześniej powodów - w ŁKS grałem słabo, więc nawet kibice niespecjalnie mnie lubili. Nie byłem zatem żadną ikoną ŁKS, więc nie było żadnych obaw.

- Za to kibice ŁKS nie lubili pana chyba jeszcze bardziej.

- Nie lubili mnie wtedy, nie lubią teraz. Nie ma się czym przejmować. Ci kibice, którzy wiedzą o co w piłce chodzi, na pewno nie znienawidzili mnie tylko dlatego, że przeszedłem do Widzewa. Zresztą sporadycznie spotykałem się nawet z dowodami sympatii ze strony niektórych z nich. Choć rzeczywiście była to mała grupa.

- Tej reszcie miał pan okazję zrewanżować się w czasie ostatnich derby w drugiej lidze, kiedy niemal sam wygrał mecz.

- Było bardzo dużo obraźliwych epitetów pod moim adresem, ale jakiś tam odwet sobie na nich wziąłem.

- Kontuzja barku sprawiła, że nie mógł pan należycie przygotować się do tego sezonu.

- Z pewnością. Cała drużyna zagrała poniżej oczekiwań. Młodość i entuzjazm, które miały być atutem, wystarczyły na dość krótko. Potem odczuwaliśmy brak rutyny. To się tyczy i mnie, i kolegów. Na pewno na moją grę miała wpływ wspomniana przez pana kontuzja i niemożność przejścia pełnych przygotowań. Czasem brakowało mi sił w końcówkach meczów i nie zawsze walczyłem przez 90 minut. Ale nie zwalam wszystkiego na kontuzję. Od siebie wymagam więcej niż zaprezentowałem. Powinienem wykorzystać więcej okazji.

- Może mówiąc wprost, nie bardzo miał pan z kim grać? Mecz reprezentacji pokazał, że przy lepszych partnerach może pan zdziałać więcej.

- Nie powiedziałbym tak. Nie mam zamiaru obciążać kolegów. Graliśmy jako beniaminek, drużyna była totalnie przemeblowana. Nie zawsze nadawaliśmy na tych samych falach. Ta runda nie poszła nam jako drużynie.

- Czy lepsi partnerzy to także był argument za przenosinami?

- Może nie lepsi partnerzy, ale drużyna walcząca o wyższe cele. Zawsze marzyło mi się, by wyjść na boisko i czuć, że gram o mistrzostwo Polski bądź Ligę Mistrzów. To marzenie teraz ma szansę na realizację.

- Jakie ma pan plany świąteczno-noworoczne?

- Święta spędzam w gronie rodzinnym, oczywiście razem z moją narzeczoną Ilonką. W pierwszy dzień świąt jesteśmy zaproszeni na wesele do mojego przyjaciela Jarka Białka. Natomiast nowy rok będziemy witać w Brazylii, dokąd jedziemy 28 grudnia. Do Polski wracamy 8 stycznia.

Rozmawiał Tomasz Andrzejewski

Autor jest dziennikarzem tygodnika "Tylko Piłka"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje