USA Basketball czyli drużyna dla Kobe Bryanta

Opublikowaną przez Jerry Colangalo, dla pieniędzy właściciela Phoenix Suns, a dla ambicji szefa USA Basketball organizacji obsadzającej skład reprezentacji koszykówki na mistrzostwa świata i olimpijskie, listę 23 koszykarzy powołanych na tegoroczne MŚ w Japonii czyta się jak listę gwiazd.

Tak naprawdę, każdy z 22 powołanych tam zawodników ma pomóc temu 23 - Kobe Bryantowi.

Reklama

Strategia przyjęta przez Colangolo była taka, jaką poprzedni szefowie USA Basketball powinni przyjąć najpóźniej od pierwszego poważnego ostrzeżenia czyli igrzysk 2000 roku w Sydney. Zamiast marketingowej parady gwiazd National Basketball Association, dziesięciu zawodników grających tak naprawdę na jednej pozycji (tak było "dzięki" Larry Brownowi w Atenach), stworzyć drużynę, która będzie wreszcie przygotowana na to, że rywale wychodzą na parkiet nie bo to, by sobie zrobić zdjęcie z idolem, ale chcą idola pokonać. Skład na MŚ w Japonii spełnia te założenia - są gwiazdy, które potrafią w pojedynkę wygrać mecz (Kobe Bryant, LeBron James, Dwyane Wade), strzelcy wyborowi (Chauncey Billups, Michael Redd), rozgrywający potrafiący zarówno zdobyć 25 punktów, jak zaliczyć 15 asyst (Billups, Chris Paul), czy defensorzy, którzy mogą łatwo zapomnieć o zdobywaniu koszy i zająć się tylko obroną (Bruce Bowen, Shane Battier). Oczywiście nie ulega w dalszym ciągu wątpliwości, że USA Basketball stawia na tych, których rola będzie polegała na zdobywaniu punktów z dystansu, ale biorąc pod uwagę używaną przez większość drużyn obronę strefową, nie jest to selekcja pozbawiona sensu.

Robi się bardziej interesująco, jeśli pomyślimy o tym, kto pozostanie na dwunastu miejscach drużyny trenera Michała Krzyżewskiego, którą Coach K. zabierze do Japonii. Amerykańska koszykówka nie może sobie pozwolić na kompromitację, jaka miała miejsce w Atenach, kiedy każdy z pięciu przebywających na parkiecie koszykarzy był przekonany, że właśnie od niego wymaga się wygrania meczu. Choćby z tego powodu np. Bowen, Battier czy Brad Miller powinni już teraz uczyć się japońskiego. Każdy z nich potrafi zdobywać punkty, ale jednocześnie nie będą się obrażali, kiedy Krzyżewski każe im tylko bronić, stawiać zasłony, grać tylko 5 czy 7 minut. Przede wszystkim będą jednak wiedzieć, że kiedy mecz rozstrzygać się będzie w ostatnich minutach piłka MUSI być w rękach Kobe Bryanta.

Czy będą sobie z tego sprawę zdawać Carmelo Anthony? Paul Pierce albo Gilbert Arenas? Colangelo i Krzyżewski nigdy nie przyznają tego publicznie, ale to był jeden z głównych powodów dla którego na liście zaproszonych nie znalazł się Allen Iverson. Być może trudno przekonać będzie o tym przeciwników gracza biegającego w barwach Los Angeles Lakers z numerem 8, ale Kobe jest obecnie najlepszym koszykarzem NBA, zdobył trzy tytuły mistrzowskie, a przede wszystkim potrzebuje okazji do rehabilitacji. "To jest czas Kobe" - mówi Krzyżewski. "Ma 27 lat, zawsze chciał być liderem zespołu, a jedyne czego nie zdobył to złoty medal olimpijski. Nie ma nikogo lepszego i dlatego to jest jego drużyna".

Przemysław Garczarczyk, USA.

Dowiedz się więcej na temat: USA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje