"Ubraniowa" rewolucja w NBA

Zacznijmy od najważniejszego - nowy przepis komisarza NBA Davida Sterna dotyczący obowiązkowych strojów koszykarzy poza parkietem to nie żart.

- Nie widzę problemu, a jeśli ktoś chce go stworzyć, to niech lepiej się wcześniej zdecyduje czy chce grać w National Basketball Association czy nie - powiedział Stern.

Reklama

Czyli w skrócie - chcesz przychodzić na mecze obwieszony platynowymi łańcuchami, nosić w sali stylowe czarne okulary, mając na głowie obowiązkowe ostatnio słuchawki, to możesz zabierać piłkę i iść do domu. I nie ważne czy nazywasz się Duncan, Iverson czy Bryant.

Tak naprawdę, to nikt nie ma złudzeń, o co Sternowi podczas tej rewolucji chodzi. Oficjalna formułka mówi co prawda, że obecna zmiana ma na celu "wprowadzenie bardziej profesjonalnego sposobu ubierania się", ale jeśli przyjrzymy się strojom koszykarzy NBA w ostatniej dekadzie, to wiadomo, że przesłanie Sterna jest jasne - panowie, przestańcie wyglądać jak bandziory!

Bez względu na to, jak nazwiemy ten styl - urban, ghetto, hip-hop - liga doszła do wniosku, że dla wystarczającej liczby potencjalnych klientów, widok gwiazdy jakby wyjętej z gang-rapowego teledysku, jest nie do przełknięcia.

Stern musi się czuć jakby był na polu minowym, bo wiadomo również, że jest to styl preferowany w 99 procentach przez ciemnoskórych graczy ligi, a więc robi się z tego sprawa rasowa. Jak słusznie napisał w swoim komentarzu Phil Taylor z CNN, "nikt by nie robił tragedii, gdyby stylem przyjętym przez koszykarzy NBA była koszulka polo oraz spodnie khaki a'la John Stockton".

Według samych koszykarzy, ligi nie ma czego szukać w ich szafach, bo to, w co się ubierają, to ich prywatna sprawa. Stern i Rada Gubernatorów twierdzą cos innego - tak długo jak przebywacie w miejscu pracy - sala, autobus czy samolot przewożący na mecz, hotel - musicie się podporządkować naszym regułom gry.

Oznacza to, według szczegółowej rozpiski Sterna, zakaz pokazywania się w koszulkach bez rękawów, trampkach, koszulkach z krótkim rękawem, czapkach na głowie, okularach (wewnątrz sali) i takich świecidełkach jak medaliony, łańcuchy czy bransoletki.

Niżej podpisany, który zajmuje się NBA od 1989 roku, próbował sobie wyobrazić Allana Iversona, Stephona Marbury'ego, Jasona Richardsona czy kiedyś Dennisa Rodmana zdejmującego z siebie wszystko, co jest według nowych reguł nieprzepisowe. Wyszło mi na to, że przyjdą oni na mecz NAGO!.

Kto wie, czy Stern nie rzuca sobie przy okazji samobójczego kosza, koncentrując się tylko na rzeczy tak błahej jak to, że w luźnych jeansach "The Answer" wychodzi ze swojego złotego Bentley'a w Filadelfii, a nie sprawach naprawdę poważnych.

Na przykład tym, że jeszcze nigdy - wyłączając szalone lata 70. gdzie NBA utożsamiano z narkotykami - nie było tak wielu raportów o bójkach w barach, "twardych" i "miękkich" narkotykach, czy niezarejestrowanych pistoletów, przy których pojawiały się nazwiska ligowych gwiazd. Nie mówiąc już o seryjnym produkowaniu dzieci zupełnie różnych paniom i wynikającym z tego problemom alimentacyjnym.

David Stern twierdzi, że żaden z 20 głównych sponsorów korporacyjnych NBA, w tym takie giganty jak "Toyota" czy "Coca-Cola" nie miał z tą decyzja nic wspólnego. Nawet jeśli mówił prawdę, to i tak wiadomo, że tylko fanom podjeżdżającym na mecze co najmniej Mercedesami mogło przeszkadzać, co mają na sobie ligowi gracze.

Z jednego choćby powodu - tylko bogatych stać na oglądanie NBA.

Przemysław Garczarczyk, Chicago

Dowiedz się więcej na temat: David Stern | rewolucja | NBA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama