Szczęśliwa siódemka Detroit Pistons

Sensacji nie było. "Tłoki" z Detroit udowodniły swoją klasę, rozbijając zespół z Cleveland 79:61 (21:15, 19:23, 18:10, 21:13) w meczu numer 7 półfinału Konferencji Wschodniej.

W czterech poprzednich meczach Cavs byli taką drużyną, za jaką przez lata uchodzili Pistons: dominowali w obronie. W czterech kolejnych spotkaniach obu drużyn, trzech z nich przegranych przez Pistons, faworyci do tytułu trafiali przeciwko Cavs zaledwie 40 procent oddanych rzutów, a Erik Snow przez większość czasu dobrze radził sobie z napędzającym grę Detroit Chauncey'em Billupsem. W meczu decydującym o awansie do finału Konferencji Wschodniej wszystko wróciło do normy - nie dość, że Pistons wygrali, to pozwalając Cleveland na zdobycie w drugiej połowie zaledwie tylko 23 punktów, pobili swój własny rekord z 2004 roku.

Reklama

Już we wtorek w The Palace of Auburn Hills początek starcia najlepszych dwóch drużyn Wschodu, a rywalem Pistons będzie zespół Miami Heat.

Przez dziewięć pierwszych minut Cavaliers zdobyli tylko sześć punktów, a niecelne rzuty LeBrona Jamesa, Zydrunasa Ilgauskasa, czy Erika Snowa, Pistons potrafili zamieniać w seryjnie zdobywane kosze z szybkiego ataku. - Nie będziemy się denerwować. To taki sam mecz jak każdy inny - mówił przed meczem James, ale zarówno po nim, jak i po jego kolegach widać było coś zupełnie innego. LeBron i jego koledzy potrzebowali dziesięciu minut, by nie przypominać zespołu, który zbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że to może być dla niego ostatni mecz w sezonie. Pistons prowadzili wtedy 19:6, ale kiedy zaczęli wreszcie zdobywać punkty James i Ilgauskas (8 na 12 z gry, reszta drużyny 0 na 7!), wiadomo było, że Cavaliers otrząsnęli się już z debiutanckich nerwów.

Kiedy na sześć minut przed końcem drugiej kwarty Cavaliers wyrównali stan meczu (29:29), LeBron miał już na koncie 18 punktów i był wszędzie: wchodził pod kosz, dobijał niecelne rzuty kolegów, trafiał z półdystansu. Jakby tego było mało, trzeba do tej statystyki dodać sześć zbiórek i dwie asysty. W odróżnieniu od trzech poprzednich meczów, LeBron miał do pomocy Larry Hughesa, który powrócił do zespołu po śmierci brata. Hughes jednak ciągle nie był skuteczny.

Problem Pistons, poza tym, że nie mieli tym zespole nikogo, kto potrafiłby powstrzymać Jamesa, a Rasheed Wallace ciągle odczuwa skutki kontuzji, polegał na olbrzymich problemach na linii rzutów wolnych. Gospodarze trafili tylko 6 z 16 prób i był to jeden z głównych powodów dla których do przerwy prowadzili tylko 40:38.

Kiedy rozpoczynała się druga połowa wszyscy w wypełnionym ponad 22 tysiącami kibiców The Palace of Auburn Hills, zastanawiali się, czy Cavaliers będą w stanie wygrać mecz tylko jednym zawodnikiem. Patrząc na statystykę pierwszych 24 minut nietrudno było zrozumieć dlaczego - LeBron trafił 10 z 15 oddanych rzutów, reszta drużyny... 5 z 24!

Początek drugiej odsłony należał jednak do najbardziej wszechstronnego w tej serii gracza "Tłoków" - Tayshauna Prince'a. To po jego rzucie z półdystansu i wejściu pod kosz gospodarze objęli prowadzenie 44:38. James wyraźnie nastawił się w pierwszych minutach na to, by uaktywnić bardziej podziwiających jego grę, niż biorących udział w meczu kolegów. Widać to było od razu na tablicy wyników - nie tylko bardzo dobrze grała obrona Pistons, ale bez będącego pod ciągłą opieką dwóch zawodników LeBrona, Cavaliers potrafili trafić zdobyć w trzeciej kwarcie zaledwie dziesięć punktów i schodząc z parkietu przegrywali 48:58. W odróżnieniu od Cleveland, zespołu nie potrafiącego zdobyć kosza, kiedy nie trafia James (tylko 1 punkt w III kwarcie), w Pistons - oprócz dwójki Prince i Hamilton - punktował także Lindsey Hunter.

Ostatnie 12 minut było ponownie popisem Prince'a, jedynego z pierwszej piątki koszykarza Pistons, który nie zagrał w tegorocznym All-Star Game. O ile jego gra, porównywana do występów Scottie'go Pippena, nie była żadnym zaskoczeniem, o tyle po raz pierwszy w tegorocznych playoffs zobaczyliśmy tracącego nerwy Jamesa. Dwa faule ofensywne, cztery niecelne rzuty z nieprzygotowanych pozycji zaowocowały po siedmiu minutach największym prowadzeniem Pistons w meczu - 67:52. LeBron James musiał czekać na swoje pierwsze punkty z gry w drugiej połowie przez 18 minut, ale wtedy było już za późno by zmienić przebieg meczu wygranego ostatecznie przez Pistons 79:61.

Najlepsi gracze meczu - Pistons: Prince 20 pkt, 7 zb., 3 as: James 27 pkt, 8 zb, 2 as.

Przemysław Garczarczyk, Detroit

Zobacz PRZEBIEG RYWALIZACJI oraz NAJLEPSZYCH STRZELCÓW w półfinałach Konferencji Wschodniej oraz Zachodniej

Dowiedz się więcej na temat: mecz | Prince | cavaliers | siódemka | detroit

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama