Sroga zemsta Utah Jazz

Czy pamiętacie, jak w czwartej grze finałów NBA w 1998 Chicago Bulls zdemolowali ekipę Utah Jazz wygrywając, aż 96:54? Nie!? Ale Malone i spółka pamiętali doskonale i pałali żądzą rewanżu. I odwet udał się i to z nawiązką.

Zespół znad Słonego Jeziora zmiótł bowiem z parkietu hali Delta Center następców Jordana, Pippena i Rodmana wygrywając różnicą aż 45 punktów.

Reklama

Tylko rzut rozpaczy równo z syreną końcowa "żółtodzioba" Marcusa Frizera uchronił "Byki" od pobicia niechlubnego rekordu największej wpadki w dziejach klubu. W kwietniu 1999 Chicago dostali srogiego łupnia od Orlando Magic, przegrywając na własnych śmieciach 115:68.

Prawdziwym wodzem w Salt Lake City był niezmordowany Karl Malone. "Listonosz" nie tylko tradycyjnie dostarczył na konto Jazz 16 punktów i 9 zbiórek, ale wobec słabszej dyspozycji drugiego z weteranów Johna Stocktona (tylko 22 minuty na parkiecie i 4 "oczka") zajął się i prowadzeniem gry (8 asyst). Blamaż podopiecznych Tima Floyda to skutek wręcz dramatycznej skuteczności z gry koszykarzy z Wietrznego Miasta. Bulls trafili z pola gry tylko 22 z 81 rzutów (!) - co daje "imponujący" wynik 27 procent celności.

O niewiarygodny wprost wyczyn postarali się gracze Denver Nuggets. "Bryłki" dzięki genialnemu finiszowi w finałowej odsłonie pobili jednym punktem, grających bez kontuzjowanego O`Neala (lekko skręcona kostka - efekt meczu z Sacramento), Los Angeles Lakers 87:86. Gdy na 7 minut przed końcową syreną "Jeziorowcy" wypracowali sobie "bezpieczną" przewagę (82:69) zdawało się, iż skutecznie zadają kłam stwierdzeniu, że nie umieją grać bez MVP zeszłego sezonu. Tymczasem przez kolejnych 300 sekund punktowali tylko gospodarze zdobywając 17 "oczek" z rzędu by prowadzić na niespełna 2 minuty przed końcem 86:82 i wygrać cały mecz 87:86!!!

Vince Carter to talent nie lada. Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości? Po 37-punktowym występie w czwartek przeciw Portland, "Air Kanada" rzucił, w starciu z Milwaukee Bucks - bagatela - 48 punktów poprawiając o 4 "oczka" najlepsze snajperskie osiągnięcie sezonu w NBA Jerry`ego Stackhouse`a, a jego Toronto Raptors byli górą 111:102. Do pokaźnej zdobyczy punktowej dołożył jeszcze 10 zbiórek i 3 przechwyty. W ostatniej sekundzie Carter próbował jeszcze wzbogacić swój dorobek, by pobić rekord życiowy (równe 50 punktów), lecz jego rzut za trzy trafił w obręcz.

Briana Grant dobitnie przypomniał się swym niedawnym pracodawcom. W starciu Miami Heat z Portland Trail Blazers ekspionier był bezapelacyjnie najlepszym koszykarzem na parkiecie (24 punkty, 13 zbiórek) i mimo absencji w składzie teamu Pata Riley`a duetu Eddie Jones - Tim Hardaway, gospodarze ograli klub z Oregonu 86:80. A włodarze klubu z Portland mają powody by rwać sobie włosy z głowy po zgodzie na odejście z drużyny Briana Granta. Shawn Kemp, który miał z nawiązką uzupełnić lukę powstałą na pozycji silnego skrzydłowego, po niezłym początku sezonu popada znów w marazm z czasów pobytu w Cleveland i w kolejnej niemrawym występie sili się na... 2 "oczka" (punkty z wolnych - z gry 0/4). Wsród gospodarzy błysnął młokos Eddie House. 22-letni debiutant zaaplikował renomowanym rywalom 23 punkty biorąc na swe barki ciężar gry w finałowej kwarcie (10 punktów).

Zobacz wyniki meczów z 18 listopada

Dowiedz się więcej na temat: portland | Chicago | NBA | jazz | Utah

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama