Pistons blisko raju

To nie był ładny mecz, ale właśnie takie lubią gracze z Detroit. Pistons prowadzeni przez Rasheeda Wallace'a wygrali u siebie z Lakers 88:80 w meczu numer 4 NBA Finals 2004.

Podopieczni Larry'ego Browna objęli prowadzenie w serii 3-1, a jeszcze żaden zespół w historii nie zmarnował takiej przewagi. Czy ten trend zostanie utrzymany - zobaczymy już we wtorek.

Reklama

O wygranej gospodarzy zdecydowała IV kwarta, bowiem po 36 minutach gry na tablicy widniał wynik remisowy (56:56). Ostatecznie jednak praktycznie samotnie walczący Shaquille O'Neal nie był w stanie przeciwstawić się konsekwentnej aż do bólu grze "Tłoków". Skutecznością z półdystansu w kluczowych momentach imponował "Sheed" Wallace (26 pkt, 13 zbiórek), a ważne punkty zdobywali Chauncey Billups i Richard Hamilton, którzy przez większość pojedynku byli nieco w cieniu.

Lakers, którzy jakoś "trzymali" się do końca III kwarty, nie wytrzymali presji. Znów zawiódł Kobe Bryant. Rzucający obrońca ekipy z LA zdobył wprawdzie 20 punktów, ale trafił zaledwie 8 z 25 rzutów z gry, często starając się na siłę przełamać twardą obronę Pistons.

- Oni ciągle mnie atakują - tłumaczył się Kobe. - Jak tylko zrobię krok oni już są przy mnie i rzuty nie wpadają. Nawet jak próbuję penetrować są wszędzie.

Bryant zapisał na swoim koncie tylko dwie asysty, nie zanotował żadnej zbiórki i tylko raz stawał na linii rzutów wolnych - na 2 minuty przed końcem.

Drużyna z Kalifornii ma jeszcze szansę we wtorek, bo choć nikt nie zdobył tytułu przegrywając 1-3, to równocześnie od 1985 roku i wprowadzenia nowego formatu finału (2-3-2) żaden zespół nie wygrał trzech "środkowych" meczów z rzędu na własnym parkiecie. To właśnie chcą uczynić "Tłoki", które zwyciężyły w 20 z ostatnich 23 spotkań w The Palace.

- Myślę, że wszyscy są teraz trochę podłamani, ale za wszelką cenę musimy wygrać następny mecz - dodał Bryant.

Końcowego triumfu nie są także pewni Pistons. - Oni mają coacha z 9 tytułami - stwierdził Larry Brown. - Oni mają dwóch najlepszych graczy w optymalnej dyspozycji, więc niczego nie możemy uważać za pewne.

- Jestem rozczarowany. Zostaliśmy "złapani" przez rywali w IV kwarcie i nie byliśmy w stanie właściwie na to odpowiedzieć - powiedział Phil Jackson. - To zasługa Pistons.

Mecz rozpoczął się od bardzo słabej skuteczności i to z obu stron. Przez większość czasu gry w pierwszych dwóch kwartach prowadzili Lakers, głównie dzięki dogrywaniu piłek do O'Neala'a (19 pkt po 24 minutach). "Tłoki" raziły słabym procentem w rzutach z dystansu czyli elementem, który decydował o ich przewadze w serii. W grze "trzymała" ich jednak duża ilość "oczek" z wolnych (16 do przerwy) oraz z szybkiego ataku.

W końcówce II kwarty Pistons osiągnęli 5-punktową przewagę za sprawą świetnej obrony oraz kontr kończonych przez dającego dobrą zmianę Mike'a Jamesa. Kilkanaście sekund przed końcową syreną w I połowie niesamowity rzut za trzy - przy kończącym się czasie 24 sekund - oddał bardzo nieskuteczny Bryant i do przerwy gospodarze prowadzili tylko 41:39.

W trzeciej kwarcie nadal trwała walka kosz za kosz. Podopieczni Larry Browna często dogrywali piłkę do Rasheeda Wallace'a, który wykorzystywał przewagę w grze jeden na jeden z wprowadzonym Slavą Medvedenko. Gospodarze popełniali jednak sporo strat, mało aktywny w ataku był Hamilton i po trzech kwartach na tablicy widniał remis (56:56).

Najlepszy strzelec Pistons obudził się jednak na początku IV kwarty. Rip dwukrotnie trafił z półdystansu, powodując iż Phil Jackson musiał zareagować biorąc "time-out". Po następnych dwóch minutach (wciąż 4-punktowa przewaga "Tłoków") Lakers znów rozmawiali przez moment ze swoim szkoleniowcem. Ich gra wciąż opierała się jednak tylko na wykorzystywaniu Shaqa, a wśród miejscowych do zdobywania punktów włączyli się obaj Wallace'owie. Przypomniał także o sobie Billups, dwukrotnie trafiając za trzy i przewaga ekipy z Detroit wzrosła do 8 pkt (75:67 na 5 min przed końcem).

Goście zaczęli tracić nerwy. Przewinienie techniczne otrzymał Bryant, który cały czas miał problemy z żelazną defensywą gospodarzy. Pistons wrócili do podstaw, jeśli tak można określić "szukanie" w kluczowych momentach Hamiltona - to właśnie jego punkty z półdystansu sprawiły, iż na niespełna 3 minuty przed końcem było już 81:71 dla "Bad Boys 2".

Wprawdzie Kobe próbował jeszcze pobudzić swoich kolegów do walki (zmniejszył stratę Lakers do 6 "oczek"), ale w odpowiedzi "Sheed" Wallace znów trafił z półdystansu na minutę przed końcową syreną. To dobiło w meczu numer 4 "Jeziorowców", którzy muszą wiele przemyśleć przed wtorkowym pojedynkiem w The Palace of Auburn Hills.

Zobacz stan rywalizacji oraz zdobywców punktów w NBA Playoffs 2004

NBA Finals 2004 - mecz nr 4

Detroit Pistons - Los Angeles Lakers 88:80 (21:22, 20:17, 15:17, 32:24)

Stan rywalizacji (do czterech zwycięstw): 3-1 dla Pistons.

Pistons: R. Wallace 26 (13 zb.), C. Billups 23, R. Hamilton 17 (6 as.), B. Wallace 8 (13 zb.), T. Prince 6, L. Hunter 4, M. James 4, C. Williamson 0, E. Campbell 0, D. Ham 0, D. Milicic 0.

Lakers: S. O'Neal 36 (20 zb.), K. Bryant 20, G. Payton 8 (5 as.), D. George 5, D. Fisher 4, S. Medvedenko 3, K. Malone 2, R. Fox 2, K. Rush 0, L. Walton 0, B. Russell 0.

Dowiedz się więcej na temat: detroit | NBA | mecz | lakers

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL