Philadelphia i Milwaukee w finale Wschodu

Znamy już parę finalistów Konferencji Wschodniej. W szranki kolejnego etapu walki o mistrzowskie pierścienie staną Philadelphia 76ers i Milwaukee Bucks. Obie ekipy rozstrzygnęły na swoją korzyść siódme starcia drugiej rundy play off i triumfowały w seriach 4:3.

To co działo się w Mieście Braterskiej Miłości nie jednego kibica zasiadającego w hali First Union Center przyprawiło o palpitację serca. O awansie 76ers do pierwszego finału Konferencji - od bagatela 16 lat - przesądził tylko jeden punkt - gospodarze pokonali bowiem Toronto Raptors tylko 88:87. Co więcej, promocja podopiecznych Larry`ego Browna do syreny wieńczącej siódme starcie wisiała na włosku. Oto w ostatniej sekundzie finałowej kwarty ręka zadrżała liderowi Raptors Vince`owi Carterowi, który chybił z siedmiu metrów. Nie ujrzeliśmy również bynajmniej snajperskich popisów Allena Iversona. Król strzelców NBA "zadowolił się" 21 "oczkami", ale widząc swą niemoc rzutową (tylko 8 celnych rzutów na 27 prób) zagrał niczym rasowa "jedynka" wyśrubowując do 16 życiowy rekord asyst. Ciężar zdobywania punktowy przejęli zatem na siebie Aaron McKie, Eric Snow, Jumaine Jones pospołu starając się o 51 "oczek". Nie próżnował i gigant Dikembe Mutombo, który zebrał z tablic 17 piłek w tym aż 9 na ofensywnej desce - Po raz pierwszy w życiu czuję się jednym z trybików drużyny - perorował szczęśliwy Iverson. A Larry Brown dodał - Jestem dumny z tego, iż Allen wciąż uczy się jak należy grać.

Reklama

Co zrozumiałe radością nie epatował Vince Carter - Miałem szansę przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść. No cóż nie udało się, może w przyszłym roku - powiedział zdobywca 20 punktów, który kilka godzin przed meczem odebrał dyplom absolwenta uczelni North Carolina i prywatnym samolotem dotarł do Filadelfii 60 minut przed pierwszym gwizdkiem arbitrów.

Od 1986 roku na finał Konferencji kazali czekać swym kibicom "Kozły". Wówczas, półtorej dekady temu, siłą napędową Bucks byli Terry Cummings, Sidney Moncrief i Ricky Pierce. Dziś, tradycyjnie już, opoką dla Milwaukee Bucks było nowo pokolenie "Big Three". To dzięki fenomenalnej postawie Glenna Robinsona, Ray`a Allena i Sama Cassella, którzy w dwóch ostatnich starciach z "Szerszeniami" wykombinowali razem 159 punktów podopieczni George Karla zamienili deficyt (2:3 po pięciu grach) na zwycięstwo w serii best-of-seven. Kluczowym momentem spotkania w Bradley Center była III odsłona, w której gospodarze zdystansowali ekipę Paula Silasa 27:17 i wygrali całe starcie 104:95. - To zwycięstwo znaczy dla mnie wiele. Gdy przybyłem do Milwaukee w 1994 tylko mogliśmy marzyć o play off, a teraz wygrywamy - radował się Robinson. Włosów z głowy nie rwał bynajmniej Paul Silas - Mecze te dostarczyły mojemu młodemu zespołowi wiele nowych doświadczeń i jestem pewien, że z nich jeszcze skorzystamy - mówił coach gości zadowolony choćby z 29 punktów młodziana Barona Davisa.

Zobacz rywalizację w play off 2001

Dowiedz się więcej na temat: korzyść | milwaukee bucks | play off | Philadelphia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje