Noc w NBA: Pistons górą w Chicago

Ben Wallace z Chicago Bulls wszedł do United Center piętnaście minut przed godziną 7 wieczorem, czyli o pół godziny później niż wszyscy jego koledzy z drużyny. Gdyby wzrok mógł zabijać, Wallace padłby pod siłą spojrzenia swojego trenera, a Scott Skiles na pewno nie wystawiłby go w pierwszym składzie.

"Nie mogę się denerwować tym, co zrobił jeden zawodnik przed najważniejszym meczem w sezonie. Zajmiemy się Benem jutro" - skwitował spóźnienie gracza z $60-milionowym kontraktem trener Bulls. Po trzeciej kolejnej przegranej, tym razem na własne życzenie i na własnym parkiecie 74:81, na rozmowy nie tylko z Wallace, ale i resztą zespołu jest już chyba za późno...

Reklama

Tylko 17 razy w historii NBA playoffs drużyna , która przegrała pierwsze dwa mecze wygrała serię, ale ponieważ zdarzyło się to tydzień temu (tegoroczna rywalizacja Rockets - Jazz), nikt w Chicago nie brał poważnie zapowiedzi z Detroit, że "seria skończyła się w Palace of Auburn Hills". Już pierwsze 12 minut pokazało Pistons, że tym razem nie będzie meczu, który można wygrać po kilku minutach. Na boisku nie było już przestraszonych Byków, tylko zespół który walczył o każda piłkę czy kirka Hinricha z meczu numer dwa, który przez całe spotkanie nie potrafił choćby raz trafić do kosza. Bulls odpowiadali na każdy kosz koszem, walczyli pod koszami i choć po pierwszej kwarcie prowadzili tylko różnicą dwóch punktów (20:18), nie było wątpliwości, że kibice w Chicago widza e inny zespół niż ten, który skompromitował się na parkiecie Pistons. Nikt jeszcze wtedy nie mógł przypuszczać, że w drugiej kwarcie to ekipa z Detroit wyglądać będzie jak grupa zawodników ze szkoły średniej grająca z zespołem z NBA...

Richard Hamilton - 8 punktów, Tayshaun Prince - 2 punkty - tak kończy się wyliczanie zawodników Pistons, którzy w drugiej kwarcie potrafili trafić do kosza Bulls. Nie tylko Bulls znakomicie bronili, pozwalając Pistons na zdobycie zaledwie 10 punktów, ale do dwójki Luol Deng, Ben Gordon (11 pkt) po której można się było spodziewać punktów dołączył znany przede wszystkim z gry defensywnej PJ Brown, dodając sześć punktów. Bulls wyszli na drugą połowę prowadząc 44:28, by szybko objąć prowadzenie nawet różnicą 19 punktów (49:30). W sali słychać było tylko krzyk fanów Chicago "Detroit Sucks", ucichły okrzyki "Detroit Ba-sket-ball!", tych, którzy przyjechali ze stolicy przemysłu samochodowego.

Bulls za wcześnie uwierzyli, że jest już po meczu. Wystarczyło zaledwie siedem minut, by z 19-punktowego prowadzenia Bulls, na 3 minuty przed końcem kwarty zostało tylko... pięć punktów (55:50). Prowadzeni przez Prince'a Pistons zaczęli wykorzystywać seryjne straty piłek i zmarnowane okazje podkoszowe Bulls i nawet fakt, że Wallace miał prawie tyle samo zbiórek w ataku (5), co cała drużyna Pistons (6) nie zmienił obrazu meczu. Trochę uspokoił grę Andres Nocioni, ale po indywidualnych akcjach Chauncey'a Billupsa (rzut za trzy i znakomite podanie do McDyess'a) i rzucie równo syreną Rasheeda Wallace'a, na boiskowym zegarze była tylko jednopunktowa przewaga Bulls - 61:60.

Bulls przegrali trzecią kwartę szesnastoma punktami (16:32!), a po minucie gry to Pistons objęli prowadzenie 62:61, dominując pod koszami i wygrywając walkę o piłkę walcząc z większą determinacją niż wyraźnie załamani przebiegiem trzeciej kwarty Bulls. Bulls ciągle nie potrafili trafić do kosza, ale na osiem minut przed końcem meczu, Pistons mieli już na koncie sześć przewinień, że każdy ich faul był karany rzutami osobistymi. Nawet to nie pomogło. Po trafieniach kolejno Billupsa (dwukrotnie) i Wallace'a Pistons prowadzili 74:67, a Scott Skiles, jak i jego gracze wyglądali tak,jakby nie bardzo wiedzieli co się dzieje. Póżniej były cztery kolejne nie wykorzystane rzuty osobiste (przy prowadzeniu Pistons 75:71!),a niecelne rzuty Nocioni, Denga i całkowicie zagubionego w tej serii Gordona, przyniosły porażkę, w którą do przerwy trudno było uwierzyć i którą do niedzieli będzie jeszcze trudniej zapomnieć."Szanujemy Bulls, to bardzo groźna drużyna, która zawsze jest bardzo niebezpieczna. Jeszcze niczego nie wygraliśmy" - powiedział na konferencji prasowej trener Piston Flip Saunders. Zabrzmiało to tylko jak kurtuazja...

Przemek Garczarczyk z Chicago

Półfinał Konferencji Wschodniej - Mecz nr 3

Chicago Bulls - Detroit Pistons 74:81

Bulls: Luol Deng 21, Ben Gordon 16, Kirk Hinrich 13, P.J. Brown 10, Andres Nocioni 7, Ben Wallace 5, Tyrus Thomas 2

Pistons: Tayshaun Prince 23, Chauncey Billups 21, Richard Hamilton 16, Rasheed Wallace 16, Antonio McDyess 3, Jason Maxiell 2

Stan rywalizacji - 0:3

Dowiedz się więcej na temat: Prince | chicago bulls | detroit | NBA | Chicago

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama