NBA: Heat zatrzymali Pacers

Miami Heat pokonali Indiana Pacers 94:87 w półfinale Konferencji Wschodniej i przerwali tym samym serię 11, zwycięstw z rzędu najwyżej rozstawionej drużyny w konferencji.

Stan rywalizacji do czterech zwycięstw wynosi obecnie 2:1 dla Pacers, ale czwarte spotkanie odbędzie się w środę również w Miami, gdzie Heat nie przegrali od 17 spotkań.

Reklama

W drugim poniedziałkowym meczu, Minnesota Timberwolves pokonali po dogrywce Sacramento Kings 114:113 w ich hali i odzyskali przewagę własnego parkietu. Stan rywalizacji w półfinale Konferencji Zachodniej wynosi 2-1 dla drużyny z Minneapolis.

W Miami spotkały się drużyny, mające na koncie wspaniałe serie zwycięstw. Ekipa Indiana Pacers przyjechali na Florydę z 11 zwycięstwami z rzędu, a Heat we własnej hali wygrali 16 ostatnich spotkań. Któraś z serii musiała zostać przerwana i tym razem padło na Pacers.

Znaczący wkład w zwycięstwo Hest miał debiutant Dwyane Wade, który 14 ze swoich 25 punktów zdobył w czwartej kwarcie. Najwyżej rozstawieni na Wschodzie Pacers na 5 minut i 47 sekund przed końcem odrobili 9-punktową stratę, doprowadzając do remisu 72-72. Natychmiast odpowiedział Wade, którego celny rzut dał ekipie z Miami prowadzenie, którego nie stracili do końcowej syreny.

W kolejnej akcji Ron Artest oddał niecelny rzut, a następnie Lamar Odom wspaniale podał do Wade'a, który efektownym wsadem doprowadził do szału ponad 20 tysięcy widzów American Airlines Arena.

- Mamy wielkie zaufanie, do tego co robimy na parkiecie - powiedział Wade, który w playoffs osiągnął średnią punktów 16,6. - Jesteśmy drużyną, która nie pęka. Nie ważny jest wynik, bo my w każdej sekundzie walczymy i tak robimy przez cały sezon. To właśnie to doprowadziło nas od fatalnego początku sezonu (Heat zaczęli od 0-7 - przyp. red), do miejsca, gdzie jesteśmy obecnie.

Wade może tylko żałować, że nagroda "Rookie of The Year" przyznana została tak wcześnie, gdyż z pewnością miałby wielkie szanse pokonać faworyzowanego LeBrona James'a.

Koszykarze z Indianapolis przegrali spotkanie głównie przez fatalną skuteczność w ostatniej części gry, kiedy to spudłowali 12 z 13 pierwszych rzutów. Mimo to, Jermaine O'Neal 10 ze swoich 29 punktów zdobył właśnie w czwartej kwarcie. Zawiódł głównie Artest, który zaliczył tylko 14 punktów, trafiając 4 z 18 rzutów z gry.

- To nie był mój najlepszy mecz. Oddałem za dużo złych rzutów - podsumował swój występ skrzydłowy Pacers.

Szalenie zacięte spotkanie oglądali widzowie w Arco Arena w Sacramento. Na dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry, Wolves prowadzili 100-89, ale Kings zaczęli szybko odrabiać straty. Rzuty Stojakovic i Webbera pozwoliły odrobić stratę, ale na 10 sekund przed końcem to Wilki prowadziły 103:101. W posiadaniu piłki byli gospodarze i celny rzut Stojakovica sprawił, że musiano rozegrać dogrywkę.

W niej również nie zabrakło emocji, ale tym razem Peja nie uratował Kings. Po stracie Garnetta na 4 sekundy przed końcem dogrywki (113:114) piłkę mieli Kings i znów o wszystkim miał przesądzić Stojakovic. Niestety dla 17317 widzów Serb spudłował i to Wolves objęli prowadzenie w serii best of seven 2-1. Kolejny mecz już w środę, również w Sacramento.

Zobacz stan rywalizacji oraz zdobywców punktów w NBA Playoffs 2004

Dowiedz się więcej na temat: zatrzymanie | zatrzymana | Indiana Jones | miami | NBA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje