Miał być gwiazdą, siedzi na ławie

Gdy przyszedł do Houston Rockets miał stworzyć wraz z Tracym McGradym i Yao Mingiem trio gwiazd, trochę uboższą wersję Boston Celtics, które miało przynieść "Rakietom" dużo zwycięstw i powodzenie w play-off. Na razie przynosi. Ale bez Steve'a Francisa.

Warto wspomnieć, że Francis jest znany w Houston od dawna. Dokładnie od roku 1999, kiedy to Grizzlies wybrali go w drafcie z bardzo wysokim drugim numerem i od razu oddali do Houston w sporej, bo dotyczącej 3 drużyn i 11 zawodników, wymianie. We wszystkich 77 meczach sezonu zasadniczego w Teksasie wychodził w pierwszej piątce i, pomimo nie najlepszej skuteczności, notował bardzo dobre statystyki (18 punktów, 6,6 asysty, 5,3 zbiórki i 1,5 przechwytu). Ex aequo z Eltonem Brandem dostał nagrodę dla najlepszego debiutanta.

Reklama

Przez kolejne 3 lata Francis czynił stałe postępy, stał się liderem drużyny i utrzymywał się na poziomie 20 punktów zdobywanych średnio w każdym spotkaniu. Trzy lata pod rząd (2002-2004) był wybierany do gry w Meczu Gwiazd.

Warto wspomnieć, że w trakcie kariery w "Rakietach" Steve współpracował z wielkimi podkoszowymi zawodnikami NBA. Jego debiutancki sezon, był zarazem ostatnim Charlesa Barkleya. W następnym roku z zespołu odszedł Hakeem Olajuwon. W 2002 roku Houston wylosowało pierwszy numer w drafcie i zamieniło go na gigantycznego centra z Chin - Yao Minga. Mimo posiadania tak wartościowych partnerów Francis nie umiał stworzyć z nimi klasowej drużyny. Powód? Nie potrafił być w niczyim cieniu.

Sezon 2003/04 był dla niego najsłabszy ze wszystkich spędzonych w Houston (średnio 16.6 punktu na mecz), więc zdecydowano, że skoro Steve Francis nie jest w stanie zapewnić drużynie sukcesów (choć, nawiasem mówiąc, był to jego jedyny rok z awansem do play-off), to trzeba ściągnąć kogoś, kto jest w stanie dokonać tej karkołomnej sztuki. "Franchise" wraz ze swoim najlepszym kumplem - Cuttinem Mobleyem oraz Kelvienm Cato trafił do Orlando Magic, w zamian za Tracy'ego McGrady'ego, Juwana Howarda, Tyronna Lue i Reece'a Gainesa.

Dobry start, gorsze zakończenie w Orlando

Sezon 2004/05 spędzony w Orlando był dla Steve'a naprawdę dobry. Nie dość, że notował świetne statystyki (21,3 punktu, 7 asyst, 5,3 zbiórki i 1,4 przechwytu na mecz), to jeszcze w każdym meczu wychodził w pierwszej piątce, zaliczył 12 spotkań z ponad trzydziestopunktową zdobyczą i 21 razy zaliczył double-double. Co ciekawe, już w swoim debiucie w barwach Magic rzutem na 0,2 sekundy przed końcem zapewnił ekipie z Orlando zwycięstwo nad Milwaukee Bucks. Tego typu rzutów na zwycięstwo trafił w całym sezonie 5.

I, tak jak w Houston, indywidualne zdobycze "Franchise'a" nie znalazły odzwierciedlenia w osiągnięciach zespołu. W roku 2004 do drużyny trafił Dwight Howard, perspektywiczny center, który już w niedługim czasie miał stanowić o sile podkoszowej Magic. Francis znowu stał się problemem. Oddając ponad 17 rzutów w każdym meczu (rzucał średnio co 2 minuty!) wyraźnie "zabierał" grę Howardowi, który oddawał 2 razy mniej rzutów przebywając na parkiecie niemalże tyle, co Steve. W Orlando postawiono na Howarda, tak jak w Houston na Yao, i samolubnemu Francisowi podziękowano za współpracę.

Dowiedz się więcej na temat: magic | Houston Rockets | mecz | orlando | 'Gwiazdy' | houston

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje