"Magicy" pobili Timberwolves

Koszykarzom Orlando Magic przyszło na starcie sezonu stoczyć aż 8 z 10 potyczek poza Florydą. W sobotę, kończąc wyjazdowe tournee, ekipa Doca Riversa poległa w Target Center z Minnesotą Timberwolves (103:95).

Po powrocie do własnej hali TD Waterhouse Centre "Magicy" wzięli odwet i w imponującym stylu pokonali Kevina Garnetta i spółkę 117:106. Genialną partrię rozegrał wreszcie Tracy McGrady, który wpakował gościom 39 punktów, a swój dorobek punktowy okrasił ośmioma zbiórkami i siedmioma asystami.

Reklama

Nie gorszy był Darrell Armstrong, który dopisał na konto swej ekipy 29 "oczek". To właśnie rozgrywający z Florydy miał szczególne powody do zadowolenia, bowiem przed pięcioma dniami fatalnie pudłował w Minneapolis (tylko 2/12 z gry). Tym razem Armstrongowi ręką nie drżała i dziurawił kosz rywali 9 razy na 13 prób, w tym aż 5 razy zza łuku 7,24 m. W całym meczu gospodarze zaaplikowali ekipie Flipa Saundersa, który poniosła dopiero pierwszą porażkę na wyjeździe, aż 12 "trójek". Dla pokonanych 26 punktów zdobył Joe Smith, a cztery oczka mniej Kevin Garnett.

Potknięcie Timberwolves skrzętnie wykorzystali Los Angeles Lakers, którzy pokonali Denver Nuggets 89:68 i z dorobkiem 10 zwycięstw objęli samodzielne przodownictwo w lidze. Triumf "Jeziorowców" nie podlegał dyskusji, mimo że Shaquile O`Neal zupełnie nie mógł odnaleźć się na parkiecie, nie widząc wśród rywali żadnego nominalnego centra i zdobył ledwie 10 punktów, pudłując siedem z 11 rzutów z pola gry i tyleż wolnych (na 9).

- Ja naprawdę się starałem i chciałem pomóc drużynie. Ważne, że nasza defensywa była szczelna - tłumaczył się ze słabszego występu Shaq, który za przeciwnika miał wręcz rachitycznie przy nim prezentującego się Raefa LaFrentza. Istotnie jednak obrona gości z Kalifornii była w Pepsi Center zabójcza. Zespół Dana Issela pudłował, pod presją rywali, niemiłosiernie: tylko 28 z 86 rzutów trafiło do kosza Lakers, co daje niezbyt chlubną statystyką 33-procent skuteczności. Jedynym graczem "Bryłek", który zdobył więcej niż 10 "oczek", był Nick Van Exel (22 punkty). 24 punkty do dorobku zespołu Phila Jacksona dopisał Kobe Bryant, a 13 - najwięcej po przeprowadzce do Miasta Aniołów - weteran Mitch Richmond.

Znów wielkie serce do walki pokazał Allen Iverson. Mały wojownik z Filadelfii zdobył 17 ze swych 38 punktów (najwięcej w tym sezonie) w finałowej odsłonie starcia z Detroit Pistons i 76ers pokonali gości w First Union Center 94:89. To szóste zwycięstwo ekipy Larry Browna, w szóstej potyczce od powrotu Iversona. Na dziewięć minut przed końcową syreną Derrick Coleman wyprowadził swą drużynę na nikłe, 2-punktowe prowadzenie (74:72), jednak po chwili pokuśtykał ma ławkę rezerwowych ze skręconą nogą. Sprawy w swoje ręce przejął więc Iverson, inicjując zryw gospodarzy (13:1).

- Myślę, że Allen ma możliwości grać na 47-48-procentowej skuteczności. I będzie tak grał, jeśli tylko będzie w pełni zdrowy - skomentował coach zwycięzców strzelecką formę swego asa, któremu do kosza w tym sezonie trafia tylko co trzeci rzut.

Ubytek personalny zanotowały też "Tłoki". Już w drugiej kwarcie z parkietu musiał zejść najlepszy strzelec Jerry Stackhouse (tylko 4 "oczka" 2/9 z gry).

Zobacz wyniki meczów i zdobywców punktów z 21 listopada

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje