Lakers o krok od mistrzostwa

Tylko jeden triumf dzieli Los Angeles Lakers od obrony mistrzowskiego tytułu. Oto ekipa z Kalifornii w czwartym starciu wielkiego finału po raz drugi z rzędu pokonała Philadelphię 76ers w hali First Union Center i prowadzi w serii best-of-seven 3:1.

Zwycięstwo podopiecznych Phila Jackosna 100:86 było jak dotąd najbardziej przekonującym z finałowych potyczek. - Jeszcze tylko jedna wygrana... - westchnął Shaquille O`Neal, na którego barkach tradycyjnie spoczywał obowiązek zdobywania punktów (34 "oczka") i kontrolowania poczynań pod tablicami (14 zbiórek). - To nie było łatwe, co więcej, to jeszcze nie koniec batalii - zagrzmiał stoik wśród trenerów ligi Jackson. Ciekawe jednak ile kurtuazji w słowach swych zawarł były szkoleniowiec "Byków", który jest bliski zdobycia ósmego pierścienia w jedenastym sezonie pracy w NBA, wszak w dziejach NBA żadnej ekipie nie udało się zamienić finałowego deficytu 1:3 na zwycięstwo 4:3.

Reklama

Jesteśmy tu by złamać serca 76ers - perorował buńczucznie po środowym boju Kobe Bryant i choć pretendenci wciąz deklarują, że będą walczyć do końca wydarzenie na parkiecie, a zwłaszcza porażka podcięła im skrzydła. Deficyt gospodarzy rósł z 10 punktów w pierwszej kwarcie do 17 w drugiej i nawet 22 "oczek" w trzeciej odsłonie. Jednak 11 punktów z rzędu zdobytych na początku finałowej kwarty i zmniejszenie strat do raptem 7 punktów (77:70) tchnęło w ekipę Larry`ego Browna nadzieję na zmianę losów meczu. Nic z tego. Indolencję Lakers przerwał wreszcie energicznym wsadem Shaq, a później każdy kontakt z piłką rezerwowego gości kończył się przedziurawieniem kosza rywali zza łuku 7,24 metra. Najpierw kibicom w Filadelfii zrzedły miny gdy za trzy trafił Brian Shaw, chwilę później jego wyczyn z zimną krwią skopiowali Tyronn Lue i Robert Horry.

- Nasi rywale nie spanikowali w kluczowych momentach. Zagrali wielki mecz. To potwierdza tylko ich mistrzowską klasę - z pokora i uznaniem wyrażał się o swych przeciwnikach Larry Brown. W całym meczu "Jeziorowcy" chybili tylko 9 z 19 rzutów za trzy i grali z akcji na fantastycznej, 50-procentowej skuteczności (36 celnych rzutów na 72 prób). Czym mogli odpowiedzieć mistrzowie Wschodu skoro Allen Iverson spudłował 18 z 30 rzutów, McKie uciułał ledwie 5 "oczek" (1/9 z gry), a Lynch, którego powrót na parkiet zapowiadano tak szumnie okazał się nie zdolny do jakiegokolwiek oporu (O punktów).

Jedyną alternatywą w ataku dla Iversona był Dikembe Mutombo, który mając priorytet walki z O`Nealem zdołał jednak zdobyć 19 punktów.

Znakomicie swego centra uzupełniał Kobe Bryant, który co prawda zaaplikował rywalom "tylko" 19 punktów jednak dorobek snajperski okrasił 10 zbiórkami i 9 asystami. Do pierwszego od ośmiu lat triple-double w finale NBA obrońcy z Miasta Aniołów zabrakło tylko jednego ostatniego podania.

Mecz numer pięć jutro w Filadelfii, ewentualnie szósty w poniedziałek w Satples Center.

Zobacz rywalizację w play off 2001 oraz galerię zdjęć z finałów

Dowiedz się więcej na temat: NBA | lakers

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje