Koniec pięknego snu "Byków"

Koszykarze Detroit Pistons, po przegranym w kompromitujący sposób spotkaniu na własnym parkiecie, sprawiali wrażenie grupy ludzi, którzy woleliby polecieć do Bagdadu niż do pięciogwiazdkowego hotelu w centrum Chicago.

- To niedopuszczalne, żeby przegrać w ten sposób. To się nigdy nie powinno nam zdarzyć - narzekał Chris Webber. I się nie zdarzyło - w United Center tylko w drugiej kwarcie Bulls potrafili narzucić swój styl gry, przegrywając pozostałe trzy kwarty, cały mecz 85:95 i serię 2-4.

Reklama

Jak rywalizacja Golden State Warriors - Utah Jazz wyglądały pierwsze sześć minut meczu zespołów znanych od lat ze znakomitej defensywy. Ekipa z Detroit czuła się jak na swoim podwórku, prowadząc 20:14 i trafiając ponad 70 procent oddanych rzutów! Rasheed Wallace miał po tych kilku minutach na koncie siedem punktów, o jeden mniej niż Richard Hamilton, a w Bulls ponownie w niecodziennej dla niego roli strzelca wyborowego występował z dziesięcioma punktami (4 na 4 z gry!) P.J. Brown. Oprócz Browna dobre wrażenie (punktowe) robił tylko Ben Gordon, natomiast zupełnie nie mógł się odnaleźć Kirk Hinrich - bez punktów, tylko dwa oddane, i do tego niecelne rzuty, co dało Pistons po pierwszych 12 minutach prowadzenie 28:23.

W Pistons nie było zawodnika, który nie trafiał, a w Bulls nawet jak się udawało drużynie Scotta Skilesa coś spektakularnego - jak znakomity blok Tyrusa Thomasa na Lindseyu Hunterze - to rozbrzmiewały gwizdki sędziów. W połowie drugiej kwarty mecz stał się wreszcie taki, jakiego się można było spodziewać po Pistons i Bulls - walka na tablicach, każda próba rzutu wywalczona przepychankami przez dwóch, a czasami trzech broniących rywali, walka o dosłownie każdy centymetr parkietu. Sytuacja z ósmej minuty drugiej kwarty - cztery kolejne akcje Bulls zakończone pudłem, ale po każdej z nich zbiórki i piłki ponownie trafiają do Byków. Po raz kolejny - podobnie było w meczu numer 5 - Bulls grali lepiej w obronie, kiedy NIE MA na parkiecie Wallace'a! Na sześć minut przed końcem pierwszej połowy Bulls wyrównują wynik meczu (35:35), ale nadal nie trafiają rzutów zza linii trzech punktów (tylko 1 na 7), którymi pogrążyli Pistons w Palace of Auburn Hills. Pod "nieobecność" Hinricha (1 na 8 trafionych rzutów) nadal szaleje na parkiecie Brown, którego 20 punktów podczas tylko 11 minut(!) spędzonych na parkiecie dały Bulls pierwsze prowadzenie w tym spotkaniu (43:41). Pistons, którzy przegrywają w ostatnich siedmiu minutach walkę na tablicach z Bulls aż 2 do 12, mogą tylko bezradnie patrzeć, jak gospodarze zdobywają kolejne pięć punktów, prowadząc do przerwy 48:43.

Trzecia kwarta to popis Pistons. Flip Saunders musiał swoich chłopaków poczęstować w szatni wiązką wyrazów uznawanych powszechnie za obraźliwe, bo na parkiet wyszła zupełnie inna drużyna. W ciągu 160 sekund, znacznie agresywniejsi Pistons zdobywają 12 punktów, tracąc tylko jeden, obejmując prowadzenie 55:49. Co się stało? Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł przecież sądzić, że P.J. Brown nadal będzie trafiał rzut za rzutem, ale na nieszczęście dla kibiców Bulls nadal trwała niemoc strzelecka rozgrywających Chicago - Hinricha i Gordona. Detroit obejmuje najwyższe prowadzenie w meczu (72:64), ale Bulls ponownie rzucają się do ataku, zmniejszając przed decydującą kwartą prowadzenie rywali do pięciu punktów (74:69).

- Nie ma wątpliwości, że jeśli o wyniku decydować będzie ostatnia kwarta to wygra nasze doświadczenie. Mogę to zagwarantować - mówił w szatni przed meczem Rasheed Wallace. Pierwsze dwie minuty czwartej kwarty zdają się potwierdzać te słowa - po punktach Tayshauna Prince'a, Pistons znowu prowadzą różnicą ośmiu punktów. Ponad 22 tysiące kibiców w United Center nie mogło być optymistami - Detroit grało lepiej na ofensywnych tablicach prowadząc na sześć minut przed końcem meczu 81:72, Bulls ciągle nie mogli trafić "za trzy", nie trafiali rzutów osobistych (tylko 24 na 35), a bohaterowie z Palace of Auburn Hills - Gordon i Hinrich - mieli na koncie tylko 8 z 24 trafionych rzutów. Już do końca trwa popis nieskuteczności obu zespołów, bo trudno fakt, że obie ekipy stać razem na tylko 11 punktów przez osiem minut popisem basketu. Ale to Pistons mogą spokojnie potrzeć na mijające sekundy prowadząc po wysoko wygranej trzeciej kwarcie i kończąc sen Bulls o historycznym zwycięstwie wygraną w Chicago 95:85.

Przemek Garczarczyk z Chicago

Półfinał Konferencji Wschodniej

5. Chicago Bulls - 1. Detroit Pistons 85:95 (23:28, 25:15, 21:31, 16:21)

Bulls: P.J. Brown 20, Ben Gordon 19, Luol Deng 17, Kirk Hinrich 11 (11 as.), Andres Nocioni 10, Ben Wallace 6, Tyrus Thomas 2.

Pistons: Richard Hamilton 23, Chauncey Billups 21 (7 as.), Tayshaun Prince 17, Rasheed Wallace 16 (13 zb.), Lindsey Hunter 7, Antonio McDyess 5 (10 zb.), Chris Webber 5, Jason Maxiell 1.

Dowiedz się więcej na temat: sny | brown | Chicago | detroit

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje