Knicks wygrali pod batutą Chaney`a

Don Chaney po raz pierwszy, po nieoczekiwanej rezygnacji sfrustrowanego Jeffa Van Gundy`ego, zasiadł na ławce New York Knicks w roli pierwszego szkoleniowca i jego ekipa po dramatycznym finale ograła Indianę Pacers 101:99.

W Madison Square Garden zwycięstwo gospodarzom uratował były zawodnik z Indianapolis Mark Jackson, który na 47 sekund przed końcową syreną przedziurawił kosz drużyny Isiaha Thomasa zza łuku 7,24 metra.

Reklama

Wówczas na świetlnej tablicy widniała nikła, 1-punktowa przewaga Knicks (99:98). 40 sekund później losy meczu mógł jeszcze odmienić Reggie Miller. Rzucający obrońca Pacers grał jak w transie - w ostatniej kwarcie zdobył aż 13 ze swych 15 punktów w całym meczu, jednak w decydującym momencie oddał jedyny niecelny rzut od blisko ośmiu minut. Wprawdzie piłkę jeszcze zgubił pod swym koszem Allan Houston, lecz Jeremaine O`Neal również chybił celu.

- Najważniejsze, że wygraliśmy ten bój, to był nasz cel - odetchnął z ulgą debiutant Chaney. Na medal spisała się cała wyjściowa piątka nowojorczyków: Sprewell dopisał na konto swej ekipy 25 punktów, Houston 18, Thomas 13 (plus 5 bloków) i wreszcie brylował Marcus Camby, który prócz 18 "oczek" zdominował walkę pod tablicami (aż 22 zbiórki). - Wygraliśmy, bo pracujemy na to każdego dnia - powiedział rozgrywający gospodarzy Mark Jackson. I zabrzmiało to jak riposta na zarzuty ekscoacha Van Gundy`ego, który wytykał graczom Knicks brak zaangażowania na treningach. Dla rywali najwięcej - 22 punkty - zdobył O`Neal.

Michael Jordan i spółka skrzętnie wykorzystali absencję czołowego snajpera ligi Dirka Nowitzkiego (leczy skręconą lewą stopę) i w teksańskiej Reunion Arena pokonali Dallas Mavericks 102:95. To czwarty triumf Washington Wizards w sześciu ostatnich meczach. Jordan zakończył zawody z dorobkiem 21 punktów i 12 zbiórek i mimo iż trafiał tylko co trzeci rzut z akcji (7/21) i tak rozpływał się w komplementach pod jego adresem Doug Collins

- Michael dzielnie walczył z bólem swego kolana. Dziś czuł się wspaniale. Wykonał ciężką pracę w defensywie i w końcówce trafił ważne rzuty - chwalił swego najskuteczniejszego snajpera Collins. Wśród pozostałych czterech graczy gości, którzy rzucili ponad 10 punktów po 19 zdobyli Richard Hamilton i Brendan Haywood. W ekipie Dona Nelsona celownik nastawił tylko Michael Finley (13/22 z gry i 32 punkty), reszta drużyny przestrzelił 34 z 61 rzutów.

Zupełnie nie do śmiechu jest w obozie Philadelhii 76ers. Nawet bowiem kontuzje czołowych graczy zeszłorocznych finalistów ligi nie usprawiedliwiają drugiej porażki w tygodniu z chłopcami do bicia z Zachodu Memphis Grizzlies. Ekipa Sidney`a Lowe pokonał 2 grudnia 76ers (93:87) by w kolejnych dwóch meczach ulec Oralndo Magic i Minnesocie Timberwolves w sumie różnicą aż 67 punktów! Tym razem Grizzlies pewnie pokonali w swej hali The Pyramid gości z Miasta Braterskiej Miłości 92:83. Znów w ekipie gospodarzy pierwsze skrzypce zagrał Hiszpan Pau Gasol (24 punkty), który od kiedy dostał szansę w pierwszej piątce we wszystkich 11 grach zdobywa przynajmniej 10 "oczek". 23 punkty na konto Grizzlies dorzucił Jason Williams. A i swoją drogą sezon trwa już drugi miesiąc, a drużyna Larry`ego Browna bardziej przypomina szpital niż zespół NBA. Iverson wybił kciuk, McKie uskarża się na bóle kręgosłupa, a Colemanowi odmawia posłuszeństwa kolano. Małym światełkiem w tunelu jest rosnąca forma Mutombo (11 punktów i 17 zbiórek).

Zobacz wyniki meczów z 8 grudnia

Dowiedz się więcej na temat: Entourage | Michael | New York Knicks

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje