Kirk Hinrich - skromny fundament Bulls

Dla 25-letniego Kirka Hinricha koszykówka zawsze była czymś prostym. Syn trenera z Ohio - ojciec musiał wyganiać Kirka z sali, bo ten lubił wykradać klucz i potrafił samotnie trenować do drugiej w nocy - nigdy nie uznawał gry innej niż na 100 procent: od pierwszej do ostatniej minuty.

Porównywany już dziś stylem gry do Johna Stocktona, Kirk przebojem wdarł się do grupy najlepszych rozgrywających National Basketball Association, reprezentując USA na ostatnich mistrzostwach świata w Japonii.

Reklama

"Hinrich jest fundamentem, na którym budowana jest mistrzowska drużyna Chicago Bulls" - mówił na konferencji prasowej menedżer Chicago Bulls John Paxson, gratulując Kirkowi nowego, wartego $47,5 mln kontraktu. Jak twierdzi Hinrich, miliony w jego życiu niczego nie zmienią...

Kirk, zanim zaczniemy rozmawiać o pieniądzach, opowiedz INTERIA.PL o tym, jak trafia się z małego miasta w stanie Ohio do jednego z najbardziej znanych klubów NBA - Chicago Bulls.

Kirk Hinrich: Nie ma koszykarza w Stanach, który nie marzy o grze w NBA, ale gdzieś przeczytałem, że biorąc pod uwagę, ilu z nas gra w kosza, szanse na trafienie do grupy 400 zawodników tworzących ligę są mniej więcej takie same, jak wygrania szóstki w lotka, czyli bez rewelacji. Jak miliony innych liczyłem na to od pierwszego dnia, kiedy wziąłem piłkę do ręki i kiedy od dzieciaka jeździłem z obozu na obóz powoli ucząc się koszykówki. Bliżej do NBA zrobiło się, kiedy dostałem stypendium koszykarskie do Kansas University, gdzie trenerem był legendarny Roy Williams, o którym wiadomo było, że potrafi wychowywać graczy mających szansę na dorosłą ligę. Dla mnie bycie dobrym w sporcie było zresztą jedyną drogą dostania się do uniwersytetu. W naszej rodzinie nigdy się nie przelewało, rodzice robili, co mogli, żeby mi pomagać finansowo, ale ja doskonale wiem, ile ich kosztowało wyrzeczeń wysłanie mnie na studia. Uwierz mi, kiedy zaczyna się draft, naprawdę nie myśli się o tym - chyba, że jesteś LeBronem - gdzie się będzie grało. Ważne jest tylko to, by usłyszeć swoje nazwisko. A jak jeszcze jest to taki klub jak Bulls, to człowiek wie, że naprawdę wygrał na loterii.

Do Bulls trafiłeś niejako przypadkiem, bo menedżer John Paxson poszukiwał kogoś na miejsce kontuzjowanego w wypadku motocyklowym Jay'a Williamsa. Nie wszyscy dziennikarze byli zachwyceni tym wyborem...

KH: Nauczyłem się już w Kansas być gruboskórnym i nie zwracać uwagi na to, co się o mnie mówi, tylko przekonywać do siebie krytyków grą. Styl Scotta Skilesa - agresywne krycie, takie same wejścia pod kosz - idealnie mi odpowiadał, bo tak samo uczył nas grać w Kansas Ray Williams. Trafiłem do chyba najmłodszej drużyny w NBA, gdzie nikt nie oczekiwał od nas natychmiastowego sukcesu, więc mogłem spędzać na parkiecie więcej niż 5-7 minut, na które musiałbym się zgodzić, grając w klubie, który miałby na mojej pozycji weterana. To na pewno bardzo mi pomogło. No i fakt, że u Skilesa nic nie odbywa się przypadkowo, każdy koszykarz dobierany jest pod kątem potrzeb dla zespołu. Scott chyba nie lubi gwiazd.

Chyba, że może mieć w klubie Bena Wallace'a, którego przyjście do drużyny zrobiło was od razu jednym z faworytów Konferencji Wschodniej. Szczególnie po 40-punktowej wygranej w Miami...

KH: Cała gra Bena ustawiona jest pod drużynę. Ja go nie chcę porównywać do Rodmana, ale dla Bena 100 razy ważniejsza jest gra w obronie niż nawet najbardziej spektakularna akcja w ataku. On czasami mówi coś innego, ale my wiemy, jaki jest na treningach czy podczas meczów. Dla każdego z nas gra z zawodnikiem tego kalibru co Wallace, to jak dostawany każdego dnia meczu prezent - możesz popełnić błąd na parkiecie, ale jest spora szansa, że Ben go za ciebie pod koszem naprawi. Trener ma rację, że na nas krzyczy, żebyśmy przypadkiem tak nie myśleli. Miami? Następnego dnia przegraliśmy z Orlando, więc świętowanie się skończyło, a teraz mamy u siebie Sacramento (wywiad przeprowadzałem przed przegranym przez Bulls 88:89 spotkaniem z Kings - przyp. PG). To początek sezonu, więc nie można mówić, kto jest faworytem, a kto nie. Na pewno nie wystarczy nam miejsce w samych play-off - to pewne.

Jak się grało z M. Krzyżewskim podczas mistrzostw świata w Japonii?

KH: Trener Krzyżewski ma tyle wiedzy, że mógłbym go słuchać godzinami. Czasami mieliśmy w Japonii wrażenie, że jest jasnowidzem, bo potrafił przewidzieć to, co stanie się na boisku. Treningi przed mistrzostwami, kiedy grałem przeciwko elicie NBA, bardzo mi pomogą, bo podpatrzyłem parę sztuczek LeBrona (Jamesa), czy Chrisa (Paula), które przydadzą mi się, kiedy będziemy z nimi grali. Nikt z nas nie był zadowolony z trzeciego miejsca, bo dla nas nawet wygrana w meczu o brąz z mistrzami olimpijskimi, Argentyńczykami, była tylko medalem pocieszenia. Ja miałem sporo radochy, bo grałem przeciwko Noce (Andres Nocioni), który w Bulls jest jednym z moich najlepszych kumpli, ale nie ulega wątpliwości, że musimy częściej grać z zespołami z Europy. Przepisy FIBA ciągle sprawiają nam zbyt wiele kłopotów.

Wspomniałeś o przyjaciołach z Bulls - masz ich więcej po podpisaniu kontraktu wartego $47,5 mln?

KH: Co ty, to bogaci ludzie, od których ciągle mogę pożyczać! (śmiech). Poważnie - nie wiem nawet, ile to jest, wiem, że to jakaś chorobliwie wielka suma pieniędzy. Nigdy nie wydałem w roku więcej niż $50 tysięcy, więc będę się musiał przyzwyczaić do tych wszystkich milionów. Ja nie mam wielkich wymagań, byłem jeszcze przed podpisaniem kontraktu zadowolony z życia i dlatego na pewno się nie zmienię. Zresztą mogłem dostać w innych klubach więcej, ale jestem prostym chłopakiem ze Środkowego Zachodu, nie lubię być gwiazdą, więc w Chicago czuję się najlepiej. Będę mógł się odwdzięczyć rodzinie - to dla mnie najważniejsze.

Rozmawiał: Przemek Garczarczyk, Chicago

Dowiedz się więcej na temat: fundamenty | ohio | chicago bulls | Chicago | NBA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje