Kibic Arsenalu gra w koszulce Bulls

Luol Deng był jednym z najbardziej zaskakujących koszykarskich wyborów w drafcie w 2004 roku.

Deng był co prawda wychowankiem Mike'a Krzyżewskiego w renomowanym Duke University, ale zdaniem wielu wyszukiwaczy talentów National Basketball Association, przynajmniej rok lub dwa za wcześnie zdecydował się opuścić szkołę. - Zostałby dodatkowe dwa lata w Duke, miałby szanse być nawet numerem 1 w drafcie. A tak, przynajmniej z punktu widzenia trenerów NBA, będzie bardziej potencjalnym projektem, z którego nie wiadomo co wyniknie, niż koszykarzem, pod którego można ustawiać pierwszą piątkę - obawiał się asystent Krzyżewskiego, były koszykarz Duke - Chris Collins. Niepotrzebnie - niewiele ponad dwa lata później, 21-letni Deng jest powszechnie uznawany za jedną z największych wschodzących gwiazd NBA, zaliczając w tym sezonie ponad 18 punktów i prawie 7 zbiórek w barwach Chicago Bulls.

Reklama

- Pochodzisz z Sudanu, ze słynnego z ludzi o wysokim wzroście plemienia Dinke. Czy z tego powodu - masz 197 cm wzrostu - bycie koszykarzem było dla ciebie naturalnym wyborem? Opowiedz o swoim niezwykłym, piłkarsko-koszykarskim dzieciństwie.

- Mam brata Ajou, który jest 10 centymetrów wyższy, a jednym z moich mentorów był Manute Bol (były, mierzący 222 cm wzrostu, środkowy NBA - przyp. PG), więc chyba takie było moje przeznaczenie. Nie było nam łatwo, bo miałem trzy lata kiedy w Sudanie wybuchła wojna domowa. Mój ojciec Aldo był ministrem edukacji i wspólnie z ósemką mojego rodzeństwa musieliśmy uciekać do Egiptu. Tam właśnie spotkałem Manute, który musiał widzieć jak biegamy bez ładu i składu wokół podniszczonych koszy. Ja nie chciałem grać, wolałem piłkę nożną, ale starsi bracia potrzebowali kogoś na boisku, więc grywałem razem z nimi.

- Kilka lat później twoja rodzina wyemigrowała do Londynu i przyszło ci ponownie wybierać między piłką do koszykówki i tą do kopania...

- Faktycznie, kiedy skończyłem 13 lat, Anglicy zaprosili mnie na obozy treningowe kadry zarówno w koszykówce, jak piłce nożnej.

- Komu kibicowałeś w Londynie?

- Arsenalowi i Ianowi Wrightowi...

- Ale wybrałeś basket...

- Bo znowu do koszykówki przekonali mnie bracia. Pojechałem na turniej klasyfikacyjny mistrzostw Europy juniorów, nieźle mi szło...

-...nieźle to mało powiedziane. Jak powiedział mi szef prasowy Bulls, skończyłeś turniej z przeciętna 40 punktów i 14 zbiórek...

- Tak, ale to ciągle była dla mnie zabawa, a nie koszykówka. Na serio zaczęło się, kiedy przyjechałem grać w kosza w Stanach, w szkole średniej w New Jersey. Tam przekonałem się, co to znaczy koszykówka, zostałem doceniony przez trenerów.. Tak naprawdę nikt o tym nie pamięta, bo przecież w tym samym czasie grał w liceum LeBron James. Później było Duke, które wybrałem dlatego, że chciałem, żeby moim trenerem był Krzyżewski.

- W Duke wszyscy chwalili twoją wszechstronność - równie skutecznie rzucałeś, zbierałeś piłki z tablicy, jak blokowałeś rzuty. Pomimo to, wielu trenerów obawiało się, że jesteś zbyt "delikatny" na brutalną chwilami grę w NBA.

- Jestem twardym, przygotowanym zawsze na wszystko, człowiekiem. Tego nauczyło mnie życie. Zresztą, od czasu jak przyszedłem do NBA, to przybyło mi chyba z 10 kilogramów mięśni i od nikogo nie słyszę, że jestem miękki. Na pewno nie od tych, przeciwko którym gram 82 mecze w sezonie.

- Rozmawiamy przed pierwszym meczem w nowym, 2007 roku przeciwko Phoenix Suns. Tej samej drużynie, która najpierw wybrała ciebie w drafcie, a później oddała Bulls. Mam specjalną motywację?

- W tej lidze trzeba mieć specjalną motywację na każdy mecz. Inaczej najpierw się siedzi na ławce, a później wylatuje z NBA. Ale trochę będę się chciał pokazać, wiadomo...

- Trafiając w tym sezonie ponad 54 procent rzutów z gry, 74 procenty w dwóch ostatnich meczach (57 punktów), musisz narzekać, że wracacie do starych, skórzanych piłek.

- Trochę tak, bo tamte na pewno miały lepszą przyczepność do dłoni. Komisarz Stern mógł nam przynajmniej pozwolić grać tamtymi do końca rozgrywek i wrócić do "skór" w nowym sezonie.

- Przeczytałem, że z ramienia Brytyjskiego Komitetu Olimpijskiego jesteś propagatorem wszystkiego, co jest związane z olimpiadą w Londynie w 2012 roku i angielską koszykówką.. Zagrasz w reprezentacji starego kraju?

- Myślę o tym całkiem serio. Jak jeszcze namówię do założenia angielskiej koszulki mojego kolegę z Bulls Bena Gordona, który przecież urodził się w Londynie, możemy mieć ciekawą paczkę. Ale do tego daleka droga. Do tego czasu chciałbym przynajmniej raz wygrać mistrzostwo NBA. Im szybciej, tym lepiej.

Rozmawiał Przemek Garczarczyk

Dowiedz się więcej na temat: kibic | Luol Deng | NBA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje