Iverson znów bohaterem

Trudno sobie wyobrazić grę Sixers bez Allena Iversona. Lider ekipy z Filadelfii znów walnie przyczynił się do wyjazdowego zwycięstwa 76ers nad Atlanta Hawks 98:97, zdobywając 33 "oczka".

To jednak nie zdobycz punktowa, a akcja w ostatnich sekundach sprawiła, że kibice zgromadzeni w Philips Arena musieli przeżyć gorycz 11 porażki z rzędu swoich ulubieńców.

Reklama

Gdy Tom Gugliotta rzutem z półdystansu dał prowadzenie zespołowi z Atlanty na kilka sekund przed końcem, wydawało się, iż Sixers mogą ponieść porażkę z jedną z najsłabszych ekip w tym sezonie. Jednak Iverson zdołał złapać zbyt silne podanie Chrisa Webbera i - pomimo upadku - podniósł się parkietu, kontynuując akcję. "The Answer" ograł Borisa Diaw i podał do Marca Jacksona, który został sfaulowany przez Ala Harringtona na 1,2 s przed syreną.

Jackson pewnie wykorzystał dwa wolne, a Iverson przechwycił podanie Diaw przy próbie wprowadzenia piłki w ostatniej akcji i Sixers mogli cieszyć się z trzeciej wygranej w ostatnich czterech pojedynkach.

- On ma zwinność kota - tak szkoleniowiec Sixers Jim O'Brien skomentował kluczowe zagranie Iversona. - Uniknięcie straty, wstanie z parkietu, a potem udana penetracja i podanie do Marca... to było naprawdę, naprawdę wspaniałe.

Ostatnie sekundy decydowały także o wyniku pojedynku w Charlotte Arena. Serię sześciu porażek z rzędu przerwali w Północnej Karolinie gracze Wizards, pokonując miejscowych Bobcats 86:84.

Zespół ze stolicy zwycięstwo zawdzięcza rezerwowemu rzucającemu obrońcy Laronowi Profitowi, który popisał się skuteczną dobitką po rzucie Juana Dixona na 3,1 s przed syreną. - Gdy rzucił, postanowiłem, że postaram się wywalczyć tę piłkę - opisał sytuację Profit. - Na szczęście wpadła do kosza, bo nawet stwierdzenie, że nie graliśmy dobrze jest za łagodne.

Wizards grali na zaledwie 37-procentowej skuteczności z gry i tylko indolencji strzeleckiej gospodarzy w samej końcówce zawdzięczają szczęśliwy koniec. Przy remisie 84:84 Bobcats dwukrotnie mieli szansę na objęcie prowadzenia, ale najpierw spudłował Jason Kapono, a chwilę później próba Geralda Wallace'a została zablokowana przez Brendana Haywooda.

Wówczas szkoleniowiec ekipy z Waszyngtonu poprosił o czas i rozrysował akcję, która w efekcie przyniosła punkty Profita. Gospodarze nie dysponowali już przerwami na żądanie i w ostatniej akcji desperacki rzut Keitha Bogansa z połowy boiska okazał się niecelny.

Aż 245 punktów uzyskali łącznie koszykarze Phoenix Suns i Portland Trail Blazers (129:116). Do zwycięstwa "Słońca" poprowadził Shawn Marion - 26 pkt i dziewięć zbiórek. W sumie punkty zapisało na swoim koncie aż 11 zawodników Suns (wszyscy, którzy pojawili się na parkiecie).

Po trzech kwartach Suns prowadzili już 102:78, dlatego w ostatniej odsłonie trener Mike D'Antoni dał odpocząć trzem podstawowym koszykarzom - zabrakło Mariona, Amare Stoudemire'a i Steve'a Nasha.

31-letni Nash oprócz dziewięciu punktów, miał w dorobku osiem asyst. Tym samym nie udało mu się zostać pierwszym zawodnikiem od czasów Johna Stocktona (w sezonie 1990/1991), który zapisałby na koncie co najmniej 11 podań kończących skuteczne akcje w 13 spotkaniach z rzędu.

Zobacz wyniki oraz zdobywców punktów w meczach z 5 marca

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Phoenix Suns | Iverson

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje