Heat na tronie, Wade MVP

Miami Heat po raz pierwszy w swojej historii został mistrzem NBA. Koszykarze z Florydy finałową serię z Dallas Mavericks wygrali 4-2, w decydującym, szóstym spotkaniu pokonując rywali w ich hali 95:92.

Podopiecznych Pata Rileya do tego triumfu poprowadził Dwyane Wade. Obrońca "Żaru" słusznie został więc wybrany najlepszym graczem (MVP) tegorocznego finału.

Reklama

- Nie jesteśmy zespołem, który lubi narzekać. Wszyscy zapomnieli, że na 18 meczów tego sezonu straciliśmy Shaqa. Byliśmy jednak drużyną budowaną na playoffs, co to mistrzostwo czyni jeszcze bardziej słodszym - powiedział Wade, który wywalczył swój pierwszy tytuł.

- Nie był to w moim wykonaniu finał taki, jak zazwyczaj, za to Dwyane był liderem naszego zespołu - dodał Shaquille O'Neal, który po raz czwarty został mistrzem NBA. Poprzednie trzy pierścienie wywalczył grając w Los Angeles Lakers.

Piaty raz tytuł zdobył Pat Riley. Szkoleniowiec Heat poprzednie cztery triumfy odniósł także z "Jeziorowcami". - Oddałbym je wszystkie za ten jeden. Nie znaczy to, że tamtych nie szanuję, ale kiedy musisz gonić wynik, to wygrana zawsze lepiej smakuje - stwierdził Riley.

"Żar" w tegorocznym finale pokazał klasę. Drużyna potrafiła się odbudować po dwóch porażkach w pierwszych meczach i wygrała cztery kolejne! W historii finałów NBA (odkąd wprowadzono schemat 2-3-2) tylko dwóm zespołom udała się taka sztuka. Były to Boston Celtics (1969) i Portland Trail Blazers (1977). W wygranych przez ekipę z Florydy meczach Wade zanotował fantastyczną średnią punktową 39,3, a w całej serii wyniosła ona 34,7. We wtorkowym spotkaniu obrońca "Żaru" trafił 10 z 18 rzutów z gry i 16 z 21 osobistych.

Chyba jeszcze większe powody do zadowolenia mieli dwaj weterani Alonzo Mourning i Gary Payton, którzy po raz pierwszy, w swojej długiej już karierze, zostali mistrzami NBA.

Początek meczu numer sześć jednak do gospodarzy, którzy w pewnym momencie objęli nawet 14-punktowe prowadzenie, ale po pierwszej połowie "Rumaki" wygrywały tylko 49:48.

W końcówce meczu to jednak gospodarze musieli gonić wynik. Przegrywali 81:87 na 3,41 min przed syreną, 85:89 na 2.46, 90:93 na 26 sekund i 92:95 na 10,3. Jason Terry miał jeszcze szansę doprowadzić do dogrywki, ale spudłował rzut za trzy punkty.

- Byłby to wspaniały sezon, gdybyśmy zostali mistrzami - powiedział Avery Johnson, opiekun Mavs, szkoleniowiec roku. - Ale to była wspaniała lekcja dla nas wszystkich - dodał.

Zobacz PRZEBIEG RYWALIZACJI w NBA Finals 2006

Zobacz galerię zdjęć z meczu numer sześć

Dowiedz się więcej na temat: NBA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje