Gortat ma jeden cel - zdobyć mistrzostwo NBA

- Koledzy z drużyny wiedzą, że nie jestem pierwszoroczniakiem, nie muszę biegać po pączki, a mogę też decydować o obliczu zespołu - mówi Marcin Gortat, środkowy Orlando Magic.

Reprezentant Polski zdaje sobie sprawę z własnej wartości, ostro mówi o krytyce kierowanej w jego stronę i w tym sezonie ma tylko jeden cel: zdobycie mistrzostwa NBA. Ma też plany napisania książki, zbudowania sportowego samochodu o mocy ponad 1100 koni mechanicznych i kupienia czegoś do wygodniejszego podróżowania po amerykańskich szosach. Na przykład rolls-royce'a.

Reklama

- Jak zmieniło się Orlando Magic, atmosfera w drużynie, jej sposób gry po przyjściu do zespołu Vince'a Cartera i odejściu Hedo Turkoglu?

- Przybyło wielu nowych zawodników, którzy wprowadzili do drużyny zarówno doświadczenie, jak i sporo energii. Odszedł Hedo, ale mamy w zespole jednego z najlepszych "dunkerów" w historii NBA - Vince'a Cartera. To osoba o wielkim autorytecie, mająca niesamowity pakiet umiejętności do gry w ataku i ktoś, kto co roku powiększa ten repertuar o kolejne manewry. Dzięki niemu atmosfera jest jeszcze lepsza - to zawodnik, który zrobił wiele w NBA, wiele widział i wiele doświadczył, a teraz tym wszystkim się z nami dzieli.

- Czy nowy, prawie 35 milionowy kontrakt zmienił nastawienie do Ciebie ze strony trenera Orlando, Stana Van Gundy'ego? Co z kolegami z zespołu, mediami?

- Na pewno zmienił, trener ma teraz do mnie więcej szacunku, ma pewność tego, co potrafię robić i za co klub mi płaci. Mam nadzieję, że nadejdzie któregoś dnia moment, kiedy da mi szansę gry w większym wymiarze czasowym. Koledzy z zespołu? Również odczuwają do mnie większy szacunek, wiedzą, że nie jestem pierwszoroczniakiem i nie muszę biegać po pączki, a mogę też decydować o obliczu zespołu. Mają też więcej pewności, co do mojej gry, gdy jesteśmy wspólnie na parkiecie. Media traktują mnie tak samo, choć na pewno jestem teraz większym celem, można na mój temat wymyślać więcej historii, pisać różnego rodzaju niestworzone rzeczy.

- Czy w rozmowach z kolegami przewija się temat twojego ewentualnego odejścia z klubu? Generalny menedżer Magic Otis Smith mówi, że twój transfer "w ogóle nie jest brany pod uwagę", ale jeszcze w lecie twierdził, że nie ma szans by zapewnili Ci kontrakt wyższy, niż za 15 milionów rocznie i wszyscy wiemy jak się to skończyło...

- Na pewno Otis Smith może powiedzieć wiele rzeczy, a kilka minut później wszystko zmienić, ale chyba w tym przypadku jego komentarze sprawiają, że mogę być pewnym tego, że zostanę w klubie. W rozmowach z kolegami tego tematu nie ma, bo każdy chce się skoncentrować na koszykówce i na tym, żeby w tym sezonie zdobyć mistrzostwo NBA.

- Czy potrafisz się odciąć od komentarzy typu: "wziął kasę, więc mu teraz nie zależy"?

- Zupełnie nie zgadzam się z takimi opiniami. Moje podejście do treningów się nie zmieniło, wręcz przeciwnie, wzrosło. Wszyscy, którzy są wokół mnie na co dzień - trenerzy, zawodnicy mogą to tylko potwierdzić.

- Zawsze byłeś człowiekiem bardzo ambitnym, nie bolą Cię tego rodzaju komentarze? Wychodzisz z założenia, że "psy szczekają, a karawana jedzie dalej"?

- To boli, ale ludzie, którzy tak o mnie myślą, to osoby po prostu zazdrosne, nie mające pojęcia, co znaczy być w NBA, nie wiedzą jak ciężko musiałem pracować na to, co teraz mam. Po prostu nie mają zielonego pojęcia o co w tej dyscyplinie chodzi. To nie jest tylko piłka, dwa kosze i dziesięciu chłopa biegających po parkiecie. W to wszystko jest wmieszany duży biznes, w którym trzeba się bardzo ostrożnie poruszać. W przyszłości polecam zazdrośnikom kupienie mojej książki, która w pewien sposób wiele im wytłumaczy.

- Czy masz w kontrakcie zastrzeżone kluby, w których nie chciałbyś grać, klauzulę odmowy transferu w przypadku, gdyby miejsce przenosin nie było po twojej myśli?

- Nie ma w nim takiego zapisu. Nawet o tym nie myślałem, bo każdy klub w NBA jest dla mnie dobry, w każdym mogę się rozwijać, są ludzie i trenerzy, od których mogę się czegoś nauczyć, ale powtarzam - na dzień dzisiejszy nie ma dla mnie tematu zmiany klubu.

- Co jest ważniejsze dla Marcina Gortata: walka o tytuł z Orlando, czy pokazanie co potrafisz w innym klubie?

- Na pewno walka z Magic o mistrzostwo NBA, a na pokazanie co potrafię pewnie przyjdzie czas trochę później. Na razie muszę pomóc Orlando wchodząc na parkiet z ławki rezerwowych. Liczą się tylko zwycięstwa. Po to zostałem sprowadzony, by pomóc zespołowi zmieniając Dwighta Howarda.

- Czy biorąc pod uwagę fakt, że - jak sam mówisz - jesteś trochę zmęczony, nie żałujesz faktu, że zamiast leżeć na plaży po bardzo ciężkim sezonie NBA, grałeś w mistrzostwach Europy, turniejach, biegałeś po parkiecie podczas przygotowań reprezentacji Polski?

- Nie żałuję tego, że wystąpiłem na mistrzostwach Europy. To był zaszczyt reprezentować Polskę na własnym terenie. Myślę, że to była jedna taka szansa na 100 lat, gdzie można było zagrać we własnym kraju. To było coś niesamowitego. Zmęczony jestem przede wszystkim psychicznie i na pewno wyglądałoby to zupełnie inaczej na początku sezonu NBA, gdybym rzeczywiście wtedy leżał na plaży. Jednak cieszę się z tamtego wyboru. Kadra pozostaje dla mnie tematem otwartym w zależności od tego, kto zostanie trenerem i o co będziemy walczyli.

- Odejdźmy od koszykówki, dajmy coś miłośnikom szybkich samochodów - masz nowe auto?

- Tak i będzie ono chyba najpotężniejszym samochodem, jaki da się zrobić. Będzie jednak wozem typowo sportowym - ponad 1100 koni mechanicznych, klatka w środku, tylko na weekendy. Taki mam plan, teraz trzeba go zrealizować. Szukam też wygodnej, pięcioosobowej limuzyny. Przyglądałem się Mercedesowi S65, także najnowszemu rolls-royce'owi phantom. W najbliższych dniach na coś się zdecyduję.

Rozmawiał Przemek Garczarczyk

Czytaj także:

20. wygrana Magic, twierdza Phoenix

ASInfo/INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: koledzy | Orlando Magic | orlando | magic | Gortat | NBA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama