Dziewiąty z rzędu triumf Wizards

Nie od dziś wiadomo, że Michael Jordan uwielbia atmosferę Madison Square Garden i szczególnie mobilizuje się na starcia z New York Knicks. Nie inaczej było i tym razem.

To bowiem dzięki rzutowi 38-letniego weterana na trzy sekundy przed finałową syreną Washington Wizrads pokonali jednym "oczkiem" ekipę Dona Chaney`a (87:86) i wyrównali najlepsze osiągnięcia w dziejach klubu - dziewięć zwycięstw z rzędu.

Reklama

Ale niewiele brakowało a Jordan sprokurowałby triumf rywali. Oto w ostatnich 66 sekundach starcia dwukrotnie pudłował, dając szansę Knicks na odrabianie strat. Najpierw po chybionym rzucie lidera drużyny z Waszyngtonu na minutę i 6 sekund przed końcem Mark Jackson wykorzystał jeden z dwóch rzutów wolnych i na tablicy świetlnej widniał remis. Pół minuty później Jordan "odpalił" jeszcze jeden niecelny rzut. Dopiero kolejna akcja to popis Jordana, który pozostawiony w izolacji naprzeciw Latrella Sprewella zrobił dwa szybkie kroki w prawo i nic nie robiąc sobie z desperackich prób pomocy w obronie Allana Houstona przedziurawił kosz rywali z ponad pięciu metrów i uciszył 20-tysięczną widownię w MSG, wyprowadzając "Czarodziejów" na prowadzenie 85:83. Na 1,4 sekundy przed końcową syreną deficyt gospodarzy do 4 "oczek" powiększył Chris Whitney, pewnie egzekwując dwa wolne po fatalnej stracie Sprewella. Na pocieszenie równo syreną straty Knicks zmniejszył rzutem zza łuku 7,24 metra Allan Houston, ale Wizards wygrali dziewiąty mecz z rzędu po raz pierwszy od sezonu 1978/79 i to mimo absencji Richarda Hamiltona (poobijane żebra).

- Czasami ktoś ma jakieś ulubione miejsce do grania i to jest właśnie moje. A co do ostatniego rzutu, po prostu byłem szybszy o jeden krok od Latrella - powiedział eksprezes Wizards, który zakończył zawody z dorobkiem 26 punktów przy 50-procentowej skuteczności (11/22 z pola gry). Szczególne powody do rozgoryczenia wśród pokonanych miał natomiast Sprewel, który nie tylko nie upilnował Jordana w ostatniej akcji, ale również zaprezentował żałośną indolencję strzelecką (3/16 z pola gry i tylko 6 punktów!) i zgubił jeszcze 6 piłek z 23 strat Knicks w całym meczu.

Czy można przegrać z drużyną, która nie zaznała smaku zwycięstwa od piętnastu potyczek i to grając na grubo ponad 50-procentowej skuteczności? Okazuje się, że tak. Oto Houston Rockets przełamali wreszcie swą niemoc i pokonali w swej Compaq Center Milwaukee Bucks 115:110, mimo że ci trafili z pola gry 46 ze swych 88 rzutów. Swój pierwszy triumf w szesnastym meczu "Rakiety" zawdzięczają głównie rekordowemu, klubowemu osiągnięciu w dziurawieniu kosza rywali rzutami trzypunktowymi. Podopieczni Rudy Tomjanovicha uczynili to 17-krotnie, a siedem razy zza łuku 7,24 metra trafiał Cottino Mobley zdobywca aż 39 punktów.

- No to będziemy mieć spokojne święta - skwitował przełamanie feralnej passy Tomjanovich. Dla "Kozłów", osłabionych brakiem Ray`a Allena (problemy z kolanem) 29 punktów ustrzelił Glenn Robinson, o "oczko" mniej Sam Cassell.

Zobacz wyniki meczów z 22 grudnia

Dowiedz się więcej na temat: rząd | starcia | Jordan | New York Knicks | triumf

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje