Czy rekord Bulls będzie wieczny?

Przez ponad ponad 15 lat pisania o amerykańskiej koszykówce nie z odległości paru tysięcy mil, ale dziennikarskiego stanowiska kilka metrów od parkietu, pamiątek nazbierało się sporo.

Piłka z podpisami wszystkich koszykarzy Chicago Bulls po ostatnim mistrzowskim sezonie, zdjęcie z oblewanymi w szatni szampanami San Antonio Spurs i Larry O'Brien Trophy dla najlepszej drużyny sezonu, trykot Dennisa Rodmana po ostatnim meczu mistrzowskiej serii z Seattle Supersonics...

Reklama

Tych pamiątek jest wiele, ale żadna z nich nie ma dla mnie takiego znaczenia jak dziennikarska akredytacja z 16 kwietnia, z - odległego o godzinę jazdy od Chicago - Milwaukee. Kawałek kartonika z głową jelenia, datą oraz rywalem Bucks - ekipą z "Wietrznego Miasta". Tego wieczoru, wygrywając po meczu rozstrzygniętym w ostatnich trzech minutach w Bradley Center 86:80, Bulls zostali jedyną drużyna w historii, która przekroczyła 70 zwycięstw w sezonie, kończąc ostatecznie rok z dorobkiem 72 zwycięstw i 10 porażek. Tak wtedy jak i dziś, uważam, że to jest jeden z tych rekordów, których nikt nigdy nie poprawi. Nie udało się to nawet tegorocznej wersji Dallas Mavericks...

Dzięki uprzejmości Tima Hallama, wieloletniego szefa prasowego Chicago Bulls oraz NBA proponuję Czytelnikom przygotowane przez National Basketball Association przypomnienie najważniejszych elementów z sezonu Chicago Bulls, który przeszedł do historii nie tylko koszykówki, ale i współczesnego sportu jako jeden z najbardziej spektakularnych popisów mistrzostwa, dominacji i woli zwycięstwa.

Bilans: miesiąc po miesiącu

Listopad: 12-1

Grudzień: 13-1

Styczeń: 14-0

Luty: 11-3

Marzec: 12-2

Kwiecień: 10-2

Po raz pierwszy w swojej 30-letniej historii Bulls nie przegrywają ani jednego meczu w ciągu miesiąca, kończąc styczniowe rozgrywki z perfekcyjnym 14-0. Tylko raz w tym sezonie, na początku lutego, gracze z Chicago przegrali dwa mecze pod rząd, ulegając na wyjazdach Denver Nuggets oraz Phoenix Suns. Miesiąc później (10 marca) najwyższa przegrana w niesamowitym sezonie: porażka 72-104 na parkiecie Madison Square Garden w Nowym Jorku.

Dominacja u siebie i na wyjeździe

Przez ponad pięć miesięcy sezonu 1995/1996 Chicago Bulls nie przegrało meczu na własnym parkiecie, ulegając dopiero Charlotte Hornets. Dominacje najlepiej obrazuje statystyka - w United Center Bulls zdobywali przeciętnie 107 punktów, tracąc 89.9. Bulls zakończyli sezon zasadniczy wygrywając 39 z 41 meczów rozgrywanych w Chicago.

Dominacja Bulls w United Center nie oznaczała, że przeciwnicy "Byków" mogli się czuć bardziej pewni siebie w swoich halach. Bulls wygrali w tym sezonie 33 mecze wyjazdowe (ciągle rekord NBA), a popularność zespołu był tak niezwykła, iż wielu przypadkach to gospodarze czuli się jakby grali na wyjeździe. - Drużyny po prostu się nas bały - mówi Steve Kerr. - Zwykle przedłużaliśmy nasze wejście na parkiet, wchodziliśmy na boisko, kiedy tamci już się dawno rozgrzewali. Tłum dosłownie szalał, błyskały tysiące fleszy, a nasi rywale zamierali i jak widzowie patrzyli się na rozpoczynający się przed ich oczyma spektakl.

Przeciętna różnica punktowa na wyjeździe: 10.9 pkt na mecz dla Bulls...

Obrona

To prawda, że Chicago Bulls w tym sezonie prowadziło w lidze, zdobywając przeciętnie w meczach 105.2 pkt, ale to defensywa odbierała rywalom ochotę do gry. Legendarny Jack Ramsay nazwał tamtą defensywę Bulls "wymykającą się przedziałom czasowym", bo zarówno szybkość, jak nieustępliwość Michaela Jordana, Scottie Pippena oraz Rona Harpera na obwodzie, i Dennisa Rodmana (zdobył swój piaty tytuł najlepszego zbierającego ligi) pod koszami, nie miała precedensu.

Słabym punktem Bulls miała być pod koszami para wymiennych środkowych Luc Longley/Bill Wennington, ale przeciwko takim centrom jak Shaquille O'Neal, David Robinson, Patrick Ewing, Alonzo Mourning czy Hakeem Olajuwon, zakończyli oni sezon z dorobkiem 12 zwycięstw i tylko dwoma porażkami. - Defensywa była najsilniejszą stroną tamtego zespołu - mówi Pippen. Kiedy Phil (Jackson) decydował się na wystawienie w drużynie jednocześnie mnie, Michaela i Rona przeciwko rozgrywającym przeciwników mieliśmy taką przewagę wzrostu, kryliśmy tyle boiska, że czasami nie mieli miejsca by podać piłkę czy wejść pod kosz.

Ławka rezerwowych

Wszyscy mówili o Jordanie, Pippenie czy Rodmanie, ale właśnie ławka rezerwowych odgrywała kluczową rolę w sukcesie zespołu. Toni Kukoc, Steve Kerr, Randy Brown, Judd Buechler czy Bill Wennington mieliby zapewnione miejsce w pierwszych piątkach wielu zespołów, ale każdy z nich chciał grać i wypełniał perfekcyjnie swoją rolę w Chicago. - Toni był koszmarem dla trenerów naszych rywali - opowiada Kerr, który w tym sezonie trafiał za trzy z 51-procentową skutecznością. - Był za wysoki dla rozgrywających i za szybki dla skrzydłowych. Najlepsi defensorzy naszych przeciwników zawsze koncentrowali się na Scottie'm i Michaelu, a tu nagle pojawiał się na parkiecie Toni. Niewielu było takich w lidze, którzy potrafiliby go wyłączyć z gry, a już na pewno nie po tym, jak musieli zajmować się w tym samym czasie Jordanem czy Pippenem.

Chicago Bulls Anno Domini 1995/1996 to najlepsza drużyna w historii koszykówki? Czy odpowiedź może być inna niż tak?

Przemek Garczarczyk

Dowiedz się więcej na temat: rekord | chicago bulls | Chicago

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje