All Star Game: Prawie na serio

Przed dwoma laty mecz pierwszoroczniaków z tymi, którzy mają już za sobą sezon w NBA zamienił się w jedną wielką farsę. Zamiast grać prawie na serio, zawodnicy obu drużyn zamienili mecz koszykówki w przedwczesny pokaz wsadów, wymazując ze swojego słownictwa słowo "obrona".

Rok temu było już lepiej, a tegoroczna edycja przeglądu przyszłych gwiazd National Basketball Association wypadła całkiem przyzwoicie, kiedy po widowiskowym meczu drugoroczniacy pokonali debiutantów 106:96 (52:45). Tytuł Najbardziej Wartościowego Gracza (MVP) meczu przypadł Andre Iguodali z Filadelfii 76ers.

Reklama

Przed meczem słyszałem opinie, że Chris Paul powinien grać nie w piątek jako debiutant NBA, ale dwa dni później, jako pełnoprawny uczestnik Meczu Gwiazd. Mający prawie pewny w kieszeni tytuł Debiutanta Roku, rozgrywający New Orleans Hornets miał być obok Australijczyka Andrewa Boguta (Milwaukee Bucks) gwiazdą zespołu pierwszoroczniaków, zaś ich właśnie forma miała zadecydować czy "młodzi" po raz pierwszy od czterech lat pokonają zespół prowadzony przez Dwighta Howarda (Orlando Magic) i Bena Gordona (Chicago Bulls). Po 40 minutach meczu w "Toyota Center" wiemy, że Paul musi jeszcze trochę poczekać, by wybiec na parkiet obok graczy pokroju Tony Parkera, Chaunceya Billupsa, Steve Nasha czy Allena Iversona, a Bogutowi też sporo brakuje by zostać porównywanym do zawodników, którzy zagrają na jego pozycji w niedzielnym meczu Wschodu z Zachodem.

Piątkowy wieczór w "Toyota Center" należał do skrzydłowego Filadelfii Andre Iguodali oraz rzucającego rozgrywającego Chicago Bulls Bena Gordona. Ten pierwszy zrobił sobie trening przed sobotnim konkursem wsadów zaliczając w pierwszej połowie komplet punktów wkładaniem mniej lub bardziej efektownie piłki do kosza, a drugi potwierdził, że jeśli nie potrafią go powstrzymać od zdobywania punktów "dorośli" gracze zespołów ligowych, to na pewno nie uda się to pierwszoroczniakom. Iguodala, dopingowany w tym meczu zarówno przez Shaquille O'Neala, jak Kobe Bryanta i kumpla z 76ers Allena Iversona zdobył 30 punktów (13 na 17 z gry, 4 na 6 za trzy punkty), dodając do tego 6 zbiórek, ale to Gordon (17 pkt), wspomagany przez swoich dwóch kolegów z Chicago - w ataku Luola Denga (10 pkt, 4 zbiórki, 4 asysty) i w obronie Andresa Nocioni (13 pkt) kontrolował szczególnie w pierwszej połowie, to co działo się na boisku, trafiając 7 z 8 oddanych rzutów. Kiedy na początku drugiej połowy debiutanci zmniejszyli przewagę do czterech punktów, właśnie rzut "za trzy" Gordona przełamał punktową passę rywali. Iguodala miał swój dzień, zaliczając te 30 punktów w ciągu niespełna trzynastu minut spędzonych na parkiecie, bez problemów radząc sobie tak z Channingiem Frye (NY Knicks), jak pod koszem z Bogutem. "Nie pokazałem dziś niczego specjalnego. Te moje wsady wszyscy już widzieliście. Jutro będą nowości" - powiedział po meczu Iguodala. Dziękując trenerowi Dale Harrisowi za to, że "dał mu pograć". Jeśli chodzi o Boguta, typowanego obok Paula jako jeden z głównych kandydatów do tytułu MVP meczu nie zawiódł kończąc swoje 16 minut w "Toyota Center" z dorobkiem 14 punktów i 11 zbiórek, ale podobnie jak Paul zrobił zbyt wiele błędów by samym talentem, przeważyć doświadczenie rywali. Bo co z tego, że rozgrywający Nowego Orleanu zakończył spotkanie z 11 asystami i 8 punktami, jak przeciwnicy sześć jego strat zamienili na 10 punktów? Obok wspomnianej dwójki dobrze zaprezentowali się na parkiecie Charlie Villanueva (Totonto Raptors/18 pkt, 12 zbiórek) i Luther Head (Houston Rockets/18 pkt), ale nie mogło być inaczej skoro pierwszy grał 39, a drugi 30 z czterdziestu minut meczu.

Przemysław Garczarczyk z Houston

Dowiedz się więcej na temat: NBA | Chicago | mecz | star

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje