Wojciechowski: Po Zakopanem każdy trening jest lekki

Było bardzo ciężkie, ale niezwykle ważne w cyklu przygotowawczym przed przyszłorocznymi igrzyskami olimpijskimi w Londynie - tak dziesięciodniowe zgrupowanie pod Tatrami ocenił mistrz świata w skoku o tyczce Paweł Wojciechowski.

- Przyjeżdżamy tu zawsze, żeby się zmęczyć, więc i tym razem wylaliśmy morze potu! Ale po takim obozie w Zakopanem każdy następny trening wydaje się niezwykle lekki. Wszędzie naprawdę ciężko trenujemy, ale w Tatrach pracujemy nie na 100, ale na 120 procent normy i nabieramy tego czegoś, co w całym sezonie pozwala na wykonywanie wielu ćwiczeń z zadziwiającą łatwością. Aż chce się więcej trenować - podkreślił aktualny mistrz świata w skoku o tyczce Paweł Wojciechowski.

Reklama

15 sierpnia podczas mityngu w Szczecinie 22-letni zawodnik WKS SL Zawisza Bydgoszcz wynikiem 5,91 poprawił o centymetr rekord Polski, który od 1988 roku należał do Mirosława Chmary. 29 sierpnia w koreańskim Daegu pokonując wysokość 5,90 wywalczył tytuł mistrza świata.

Zapytany o kolejne cele Wojciechowski powiedział: - Oczywiście jak najlepszy wynik na igrzyskach w Londynie no i dalsze postępy. W ciągu ostatniego roku było to 30 cm, teraz zakładam mniej spektakularne kilka - czyli osiągnięcie 6 metrów. Mam nadzieję, że ciężka praca w Zakopanem znacznie się do tego przyczyni - stwierdził.

Prócz Pawła Wojciechowskiego trener Włodzimierz Michalski przywiózł na dziesięciodniowe zgrupowanie pod Tatrami olimpijkę z Pekinu (2008) Joannę Piwowarską (AZS-AWF Warszawa) oraz czwartego na MŚ w Korei Łukasza Michalskiego (SL WKS Zawisza Bydgoszcz).

Dla Łukasza Michalskiego najtrudniejsze były, jak to określił, mocne treningi objętościowe. - I to dwa razy dziennie! Ta ilość ćwiczeń była tak duża, że po tym pobycie w Zakopanem jesteśmy bardzo zmęczeni. No ale właśnie taki miał być efekt. Bardzo lubimy tutaj przyjeżdżać, chociażby ze względu na niepowtarzalny klimat - powiedział.

Dodał, że tyczkarzy zawsze zachwycają tatrzańskie widoki. - Chociaż muszę przyznać, że nie tylko dlatego zabieraliśmy na górskie treningi aparat fotograficzny. Jak już byliśmy tak zmęczeni, że nie mogliśmy złapać tchu to padała komenda "zdjęcia". Co za ulga! No i fajne fotki na pamiątkę.

Trener Włodzimierz Michalski (prywatnie ojciec Łukasza) potwierdził, że w Zakopanem było ciężko. - To chyba jeden z najtrudniejszych okresów. W sali spędzaliśmy codziennie co najmniej dwie godziny, a podczas wypraw w Tatry wprawdzie nie wchodziliśmy wysoko, ale za to niezwykle intensywnie - wszystko po to aby zbudować tzw. siłę naturalną - podkreślił.

Było więc szybkie wejście na Halę Gąsienicową, a także marsze na Nosal. - Na tę górę wchodziliśmy podczas każdej wycieczki 2-3 razy. Byliśmy też na Kalatówkach, gdzie ćwiczyliśmy siłę biegową i skoczność. Szlifowaliśmy tam na podbiegach tak zwane skipy czyli trzy fazy kroku biegowego, a także wykonywaliśmy ilość stąpnięć potrzebnych do rozbiegu przed skokiem - wyliczał trener tyczkarzy.

W sali OPO COS były wszelkiego rodzaju ćwiczenia z przyborami. - Te najważniejsze z ławką, która zapewnia rozbudowanie głównie mięśni tułowia, a to moim zdaniem daje później pełną swobodę wejścia w założenie i oczywiście w samą tyczkę. To konkurencja wielopłaszczyznowa, więc każdy mięsień, który bierze udział w skoku musi być odpowiednio przygotowany - podkreślił Włodzimierz Michalski.

Intensywność ćwiczeń zakwaszała wszystkie mięśnie. Konieczne więc były zabiegi odnowy biologicznej. - Tu niezawodny był nasz masażysta Radosław Drapała. Była też pełna rekreacja w basenach termalnych, saunach - zapewnił szkoleniowiec.

Zapytany czy była też inna możliwość wypoczynku Michalski powiedział, że właściwie nie. - Tylko chwila oddechu po obiedzie, a potem dalsze zajęcia i tak do wieczora. Ale po Zakopanem mamy treningi w Bydgoszczy i tu będzie trochę czasu na odpoczynek. Będzie jeden trening dziennie. Ciężki, ale tylko jeden - obiecał.

Dodał, że w styczniu tyczkarze rozpoczynają starty w niemieckim Cottbus. - Potem kilka innych mityngów zagranicznych. Myślę, że ostatnimi zawodami będą mistrzostwa Polski (Bielsko-Biała 15-17 czerwca) lub Europy (Helsinki 27 czerwca - 1 lipca). Mamy czterech zawodników mniej więcej na tym samym poziomie, a tylko trzy miejsca na igrzyska olimpijskie. Ustaliliśmy z trenerami, że do Londynu na pewno pojedzie mistrz Polski, a przy równorzędnych wynikach pozostałej trójki zadecydują właśnie mistrzostwa Europy.

Zapytany o inne starty m.in. w cyklu Diamentowej Ligi szkoleniowiec powiedział, że w tym sezonie wszystko podporządkowane jest przygotowaniom do igrzysk olimpijskich. - To oznacza, że czas od uzyskania kwalifikacji do igrzysk moja grupa poświęci wyłącznie na treningi ukierunkowane na tę imprezę rezygnując z wielu - nie będę ukrywał - intratnych startów, w tym właśnie w Diamentowej Lidze - podsumował Michalski.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: "Mistrz" | Paweł Wojciechowski | mistrz świata | Londyn 2012

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje