Marcin Lewandowski: Bieżnia jest moją kobietą i drugą żoną

- Bieganie jest czymś, co kocham. Mówiąc żartobliwie, bieżnia jest moją kobietą i drugą żoną. Myślę, że moja żona z tego powodu również jest zadowolona, bo nie ma niebezpieczeństwa zdrady - mówi w rozmowie z Interią lekkoatleta Marcin Lewandowski, złoty medalista halowych mistrzostw Europy w Belgradzie w biegu na 1500 metrów.

Artur Gac, Interia: W ogóle był pan w gronie faworytów do zdobycia medalu w Belgradzie?

Reklama

Marcin Lewandowski: - Pojechałem tam o tyle w komfortowej sytuacji, że mimo wszystko nie byłem traktowany jako faworyt, lider, ani kandydat do złota.

Uwierało to pana?

- Właśnie nie. Prawda jest taka, że ja lubię stanąć z boku. Wcale nie muszę być w pierwszym szeregu. Mnie interesuje, jakkolwiek to zabrzmi banalnie, żeby po prostu zrobić swoje. Pojechałem do Belgradu, żeby pokazać się z jak najlepszej strony. Przede wszystkim zostawić serce na bieżni, z czego słynę. Zaowocowało to złotym medalem mistrzostw Europy na moim niekoronnym dystansie 1500 metrów. To bardzo mnie cieszy.

I otwiera furtkę?

- Jak najbardziej, furtkę do fajnych mityngów, gdzie będę walczył o uzyskanie jeszcze lepszego wyniku, a być może nawet rekordu Polski na otwartym stadionie. Jak wiadomo, jeszcze nie teraz, ale wkrótce 1500 m stanie się moim koronnym dystansem.

Paradoksalnie to choroba u progu sezonu halowego zmusiła pana do biegania w hali na 1500 metrów.

- Zgadza się, po części ma pan rację, ale generalnie choroba była na tyle poważna, że nawet zastanawialiśmy się z trenerem, czy w ogóle całkowicie nie odpuścić hali. Wstępnie takie było założenie, ale potem zmieniła się koncepcja.

Dlaczego?

- Głównym powodem mojego startu w hali była akcja charytatywna dla Zuzi, dla której zdecydowałem się biegać w mityngu Copernicus Cup w Toruniu. Postanowiłem sobie, że wszystkie zarobione tam pieniądze przekażę na leczenie tej dziewczynki. Właśnie dlatego zmotywowałem się i trochę potrenowałem, żeby wystąpić, ale nie na 800 m, aby nie pokazać rywalom nienajlepszej dyspozycji na koronnym dystansie. Jak postanowiłem, tak zrobiłem: pobiegłem na 1500 m, a na mecie okazało się, że uzyskałem drugi wynik w Europie. To zmotywowało mnie do jeszcze większego działania i dlatego pojechałem na halowe ME. Czyli można powiedzieć, że ja pomogłem Zuzi, a Zuzia pomogła mi.

Chora Zuzia jest pana krajanką?

- To córka mojej znajomej z Polic, gdzie wychowywałem się i mieszkałem od urodzenia. To mała miejscowość, w której każdy każdego zna, więc można powiedzieć, że byliśmy blisko i poczułem potrzebę, aby komuś pomóc. Chciałem, aby to była jak najbliższa mi osoba. Na szczęście, odpukać, w swojej rodzinie oraz w gronie przyjaciół nikt nie ma takich poważnych problemów, lecz znalazła się osoba z mojego bliskiego otoczenia, która potrzebuje wsparcia.

Niosąc pomoc poczuł pan radość porównywalną z sukcesami sportowymi?

- Prawda jest taka, że zareagować na zwycięstwo potrafi każdy, ale już dzielić się z kimś nie każdy potrafi. Myślę, że to jest dużo cięższe. Moment, gdy mogłem przekazać Zuzi zdobyte środki, bardzo mnie ucieszył i wzruszył. Myślę, że nawet dużo bardziej niż wynik sportowy. Miejmy nadzieję, że w przyszłości będą kolejne okazje do dzielenia się z innymi potrzebującymi.

Może pan zdradzić, jaka to była kwota?

- Całość opiewała na ok. 15 tysięcy złotych, w tym znalazły się pieniądze, wypłacone mi za drugie miejsce, czyli 2,5 tys. dolarów. Generalnie przekazałem wszystkie środki, które zarobiłem przy okazji tego mityngu.

Pomijając sam gest, bo każda pomoc jest chwalebna, ta kwota robi wrażenie.

- Wiadomo, są ludzie bardziej i mniej zamożni. Ja po prostu oddałem całe honorarium ze swojego jedynego mityngu w lutym. Mówię to po to, by nikt nie myślał sobie, że w miesiącu zarabiam takie pieniądze cztery lub pięć razy. Natomiast tak chciałem postąpić i bardzo się z tego cieszę.

A pan zmagał się z jaką słabością organizmu?

- Przyplątała się infekcja w postaci bakterii na tylnej ścianie gardła. Przy tym miałem oczywiście gorączkę, a za tym szło całkowite spustoszenie organizmu. Zrobiłem badania, które wyszły tragicznie. Całą jakość krwi musiałem od początku odbudowywać.

W Belgradzie przez chwilę miał pan moment podwójnej chwały. Nie dość, że na 1500 m zdobył pan złoto, to do następnego dnia i triumfu Adama Kszczota był pan także złotym medalistą na 800 m z Pragi.

- Rzeczywiście, to była rzecz niesamowita. Byłem bardzo szczęśliwy i miałem świadomość, że chwilowo jestem podwójnym mistrzem Europy. Bieganie jest czymś, co kocham. Mówiąc żartobliwie, bieżnia jest moją kobietą i drugą żoną. Poświęcam się jej też całkowicie i robię na niej to, co uwielbiam. Dzięki temu się realizuję, a spełnieniem są wszystkie piękne chwile, jak choćby te w Belgradzie.

Każda żona życzyłaby sobie takiej kochanki dla swojego męża.

- (śmiech) Na pewno! Ja też jestem bardzo dumny, że moją drugą kobietą jest bieżnia, a nie inna przedstawicielka płci pięknej. Myślę, że moja żona z tego powodu również jest zadowolona, bo nie ma niebezpieczeństwa zdrady.

Przed finałowym biegiem w Belgradzie mówiło się, że może być dla pana ciężki i bardzo wymagający. A ja miałem nieodparte wrażenie, że ułożył się dla pana wręcz idealnie.

- Tak, ułożył się idealnie, ale to dlatego, że mimo przeciwności losu byłem bardzo dobrze przygotowany. Wręcz uważam, że jakkolwiek by się ułożył taktycznie, to w każdym wariancie mógłbym dać sobie radę. Po prostu byłem gotowy na tzw. bieganie tempowe, więc gdyby rywale od początku ruszyli mocniej, na pewno by mnie nie "zabili". Tymczasem bieg ułożył się wolno, co też było moim olbrzymim atutem. Od specjalisty na 800 m można było oczekiwać, że jeśli nie da się zgubić rywalom na pierwszym kilometrze, to później będzie im bardzo ciężko to zrobić. Tak też się stało... Kontrolowałem z tyłu wolne tempo, po czym na 500 m przed metą ostro ruszyłem do przodu w iście sprinterskim tempie i wyraźnie zaakcentowałem swoje zwycięstwo.

Ilu najlepszych specjalistów z Europy zabrakło w stolicy Serbii na dystansie 1500 metrów?

- Myślę, że tak naprawdę tylko dwóch. Zabrakło mistrza Europy z Helsinek na otwartym stadionie Henrika Ingebrigtsena (zdobył srebro na 3000 m - przyp. red.) oraz poprzedniego mistrza w hali Jakuba Holusza. Natomiast biegał z nami drugi z braci Ingebrigtsen - Filip, obecny mistrz Europy z otwartego stadionu, ale nie awansował nawet do finału.

Kibice zadają sobie pytanie, jakie przełożenie dorobek medalowy z Belgradu będzie miał na tegoroczne mistrzostwa świata w Londynie? Może powtórzyć się sytuacja z roku olimpijskiego, gdy na ME w Amsterdamie spisaliście się państwo genialnie (12 medali, w tym 6 złotych), a w Rio de Janeiro było znacznie poniżej oczekiwań?

- Ciężko spodziewać się takiego wyniku na mistrzostwach świata, bo wiadomo, że konkurencja jest dużo silniejsza. Jednocześnie wszystko jest możliwe, bo trzeba pamiętać, że w Belgradzie nie było naszej największej siły i motoru napędowego reprezentacji, czyli wielu konkurencji siłowych. Mam tu na myśli dyskoboli Piotra Małachowskiego i Roberta Urbanka oraz młociarzy Pawła Fajdka i przede wszystkim naszej genialnej Anity Włodarczyk. Jeśli oni wspomogą nas na mistrzostwach świata i znajdą się na podium, to wynik całej drużyny narodowej też może być satysfakcjonujący. Od siebie jestem w stanie zagwarantować, że jak zawsze zostawię serce na bieżni.

Wobec tego twierdzenie, że w Londynie możecie dać ciała, jest pochopne, a nawet przedwczesne?

- Zdecydowanie tak. Lekkoatletyka zawsze była "medalodajna" dla polskiego sportu i chcemy to podtrzymać. Broń Boże nie należy nas skreślać, a wręcz można spodziewać się bardzo dużych sukcesów. Nie wiem, czy to będzie 12 medali, ale na pewno będziemy odgrywali w Londynie znaczące role. Z drugiej strony, bez względu na to, co się wydarzy, i tak już tworzymy historię, patrząc na nasze dotychczasowe dokonania.

W Londynie wystartuje pan na swoim wciąż koronnym dystansie?

- Prawdopodobnie tak, ponieważ myślami ciągle jestem jeszcze na 800 m i głównie pod ten dystans będę się przygotowywał. Niemniej po drodze zamierzam zaliczyć dwa-trzy starty na 1500 m i zobaczymy, jak mi wyjdą. Jeśli okaże się, że będę uzyskiwał rezultaty w ścisłej światowej czołówce, to kto wie... Może zdecyduję się tylko na 1500 m, albo uda się pogodzić oba dystanse, co czasami jest się w stanie zrobić, o ile rozkład biegów się nie pokrywa. Przy czym na razie priorytetem jest 800 m.

Na koniec wróćmy do wydarzeń z ubiegłorocznych ME w Amsterdamie, gdy zamieścił pan na Facebooku wpis, który odbił się głośnym echem i mocno pan za niego oberwał. Wówczas wyraził pan wielkie zdziwienie, że zmagania polskich lekkoatletów, czyli mistrzów świata i Europy, nie są śledzone przez dużą rzeszę kibiców. Uczynił pan bezpośrednią aluzję do piłkarskiego Euro 2016, gdy ludzie wywieszali flagi na autach i brali urlopy, by oglądać futbolistów, a cały klimat tworzył atmosferę święta narodowego. Jak ocenia pan tę sprawę z perspektywy czasu?

- Mój wpis oczywiście wywołał olbrzymią falę krytyki, ale również otrzymałem za niego wiele pochwał. Chcę podkreślić, że z nikim nie chciałem wchodzić w wojnę. Wpis był, można powiedzieć, z pazurem, ale nie powiedziałem nic niestosownego i nie mam sobie nic do zarzucenia. Powiedzieć ni mniej, ni więcej, tylko prawdę. Zawsze będę tak postępował, bo ja prawdy się nie wstydzę. Jedni będą mnie za to szanować, inni krytykować, ale to nie będzie miało wpływu na moje dalsze postępowanie.

Ogląda pan piłkę nożną?

- Jasna sprawa! Lubię spotkać się z moimi przyjaciółmi i obejrzeć mecze naszej reprezentacji. W gruncie rzeczy mnie chodziło o coś zupełnie innego. Wielu ludzi nie zrozumiało, że chciałem zaakcentować fakt, że lekkoatletyka jest w naszym kraju sportem niestety niszowym. A prawda jest taka, że nieważne jak mówią, ważne że coś się dzieje. Wtedy o mnie i "lekkiej" mówiła cała Polska, co zresztą było moim celem. Od razu dodam, że swoje słowa nadal podtrzymuję.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje