Dylewicz: Nie brałem

W organizmie koszykarza Prokomu Trefla Sopot, Filipa Dylewicza wykryto amfetaminę. To wynik badania przeprowadzonego po wyjazdowym meczu mistrza Polski z Olympiakosem Pireus, który rozegrany został 17 listopada.

Kontrekspertyza wykonana na prośbę zawodnika i klubu potwierdziła wcześniejsze wyniki. Dylewicz został wykluczony z występów w Eurolidze, a zarząd Prokomu do czasu wyjaśnienia sprawy postanowił zawiesić koszykarza w prawach zawodnika. Według przepisów ULEB Euroleague, prawdopodobnie zespół Prokomu nie dotkną żadne sankcje.

Reklama

- Święta mam całkowicie zniszczone. Myślę, że nie tylko ja, ale także cała drużyna i wszystkie osoby związane z klubem. Siedzę teraz w domu w Bydgoszczy i staram się wszystko przeanalizować. Byłem zszokowany takim obrotem sprawy, bo absolutnie nie czuje się winny. Niczego nie brałem - powiedział Dylewicz w "Przeglądzie Sportowym".

- Mogę zaręczyć, że świadomie i celowo niczego nie wziąłem. Naprawdę jestem niewinny. Nie jestem jednak święty i też chodzę na imprezy. Może tam... - stwierdził koszykarz.

Dylewicz na swoją obronę przytacza fakt, że cztery dni przed spotkaniem z Olympiakosem przeszedł kontrolę po spotkaniu z Czarnymi Słupsk, która nic nie wykazała.

Przypadek Dylewicza odbił się głośnym echem.

- Zapoznałem się z opiniami na mój temat w Internecie i jestem nimi zdruzgotany. Wyszła na jaw cała polska mentalność. Kiedy dobrze grałem w reprezentacji Polski i w Prokomie, kibice klepali mnie po plecach i nosili na rękach, a teraz, oczywiście nie wszyscy, odsądzają mnie od czci i wiary. Ci ludzie nie znają okoliczności całej sprawy, a już obwołali mnie narkomanem, twierdzili, że dobrze grałem, bo coś brałem i żądają dożywotniej dyskwalifikacji. Niektórzy okazali się bezwzględni w swoich sądach i opiniach, a przecież nawet najwięksi zbrodniarze mogą liczyć na przebaczenie. A ja nic złego nie zrobiłem. Na pewno nic tak strasznego, aby mnie od razu skreślać. A najbardziej przeraziła mnie anonimowa wypowiedź "kolegi" z reprezentacji, który stwierdził, iż tak to się musiało skończyć - mówił rozżalony Dylewicz, któremu grozi kara dyskwalifikacji od trzech miesięcy do dożywocia.

INTERIA.PL/Przegląd Sportowy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama