Ekstraklasa koszykarzy. Piotr Szczotka: W projekcie Asseco czuję się młodziej

Pięciokrotny mistrz kraju Piotr Szczotka jest w Asseco Gdynia, jedynej ekipie ekstraklasy bez zagranicznych koszykarzy, trenerem przygotowania fizycznego i zawodnikiem. "Stworzyliśmy fajny projekt dla młodych, a i ja czuję się młodziej" - powiedział.

35-letni Szczotka to obok o trzy lata młodszego Krzysztofa Szubargi najstarszy zawodnik w Gdyni. Pozostali to koszykarze z roczników 1993-1999. Pokazują w PLK, że młodzi potrafią grać.

Reklama

Asseco prowadzone przez byłego gracza, 37-letniego Przemysława Frasunkiewicza zajmuje 13. lokatę z bilansem 9 zwycięstw i 13 porażek. Jest niemal pewne utrzymania i cały czas ma szanse na awans do play off, choć przed sezonem to właśnie gdyński klub zaliczano do zespołów zagrożonych spadkiem z ekstraklasy.

"Gdy grasz z młodymi, czujesz się młodziej. Mówiąc zupełnie poważnie, to motywuje mnie do jeszcze większej, cięższej pracy, bo nie chcę odstawać od kolegów. Jako trener przygotowania fizycznego muszę pracować tak, by dawać młodym przykład, by mogli czerpać z moich doświadczeń, rozwijać się. To kolejny sezon, w którym młodzi robią postęp, a kibice przychodzą na nasze mecze, mimo że nie gramy o mistrzostwo, jak dawniej bywało" - przyznał pięciokrotny mistrz kraju i uczestnik Euroligi.

Przed rokiem z jednym zagranicznym koszykarzem (Rosjaninem Fiodorem Dmitriewem) Asseco grało w play-off. Szczotka przyznaje, że praca z młodszymi, partnerski układ ze szkoleniowcem, daje mu dużą satysfakcję. Obydwaj występowali razem w Słupsku, a potem w Gdyni.

"Z Przemkiem rozumiemy się bez słów, wystarczy, że po jakimś zagraniu na mnie popatrzy i wiemy co było dobrze, a co źle. Oczywiście jesteśmy na +ty+, ale to on jest głównodowodzącym, a ja podczas meczu zawodnikiem takim samym jak inni. Nie przyszło mi nigdy do głowy wykorzystywać w profesjonalnym sporcie układów towarzyskich. Biznes to biznes, przyjaźń to przyjaźń" - dodał.

Współpraca i rywalizacja z młodszymi buduje jego zdaniem dobre relacje w drużynie.

"Mamy w klubie około 40 graczy, a w pierwszym zespole sprawdzamy 18 zawodników w tym sezonie. Nie jest więc tak, że jak ktoś dostał się już do pierwszej drużyny, to na stałe ma w niej miejsce. Cały czas trwa rywalizacja, nikt nie może być pewny. Każdy z młodych musi udowadniać na treningu, w meczu, że zasługuje na grę. To jest pozytywna mobilizacja, nie jakieś gnębienie, jak było w czasach, gdy zaczynałem karierę. Z drugiej strony też, jako ci starsi, uczymy się od młodych, choćby jeśli chodzi o komputery, telefoniczne czy komunikacyjne nowinki" - dodał.

Koszykarz, który pierwsze sportowe kroki stawiał blisko 20 lat temu w klubie z Jarosławia, podkreśla, że od początków kariery bardzo wiele zmieniło się w jego dyscyplinie.

"Mówię młodym, że to inny świat. Były inne hale, trenerzy-amatorzy, ale pasjonaci, którzy sami się uczyli, dostęp do profesjonalnej koszykówki, informacji. Były też inne relacje międzyludzkie. Jako 16-latek bałem się w zespole odezwać i do trenera, i do starszych kolegów. Teraz jako trenerzy jesteśmy dostępni dla zawodników praktycznie przez 24 godziny. Pamiętam jak czekałem co niedzielę o godz. 14 na retransmisję NBA w telewizji publicznej. Wtedy liga za oceanem wydawała się inną planetą, teraz jest na wyciągnięcie ręki, a raczej kliknięcie w komputerze" - wspomniał były kapitan reprezentacji Polski.

Przyznał, że trudno było mu mentalnie kilka lat temu przestawić się na grę na innym poziomie, po mistrzowskich tytułach, sukcesach w Eurolidze (ćwierćfinał w 2010 r. z Olympiakoem Piereus, przegrany przez Asseco 1-3).

"Przestawienie się na inny poziom było dla mnie ciężkie mentalnie. Nie da się porównać satysfakcji z 10-12 minut jako zmiennik w Eurolidze z 38 minutami teraz w roli podstawowego gracza. To inne światy. Myślałem nawet, by zmienić zespół, ale w klubie przekonano mnie do tego nowego, fajnego projektu" - zdradził.

Wspomina jednak Euroligę jako sportową przygodę życia.

"To były niesamowite mecze, o których pamiętać będę zawsze, ale też presja wyniku, bardzo duże obciążenia psychiczne i fizyczne. Nie było treningu bez rywalizacji, konfrontacji, ale tworzyliśmy przez lata naprawdę zgrane zespoły. To zasługa trenera Tomasa Pacesasa, który dobierał zawodników charakterologicznie. Nigdy nie doszło do bójki, nie było tak, że ktoś się do kogoś nie odzywał przez cały sezon, no może milczał przez tydzień. A charaktery były różne i ciężkie, jak np. Ratko Varda, czy Qyntel Woods" - przypomniał.

Szczotka, pochodzący z Podkarpacia, zadomowił się w Trójmieście, gdzie występuje od 2008 roku.

"Można powiedzieć, że jestem już +śledziem+, jak mówi się o mieszkańcach Trójmiasta. Choć nadal dziwi mnie jedna tradycyjna gdyńska potrawa - śledź na ciepło ze śmietaną i ziemniakami. W rodzinnych stronach nigdy nie spotkałem się z tak przygotowaną rybą" - dodał.

Na razie 35-latek nie podjął decyzji, jak długo trwać będzie jego zawodnicza kariera.

"Po każdym sezonie robię 'sportowy' rachunek sumienia. Chcę rywalizować jak równy z równymi, a jeśli będę widział, że zaczynam odstawać fizycznie, powiem dość. Na razie w takiej formie jak jestem zamierzam grać w kolejnym sezonie, ale to wszystko okaże się za kilka miesięcy. Nie planuję nigdy z taką dokładnością. Chcę też skończyć karierę jako w miarę zdrowa osoba" - podsumował.

Dowiedz się więcej na temat: Asseco Gdynia | Piotr Szczotka | Krzysztof Szubarga

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama