​Stanisław Mrowca: Nie wykorzystaliśmy sukcesów Justyny Kowalczyk

- Sukcesy Justyny Kowalczyk nie przełożyły się na rozwój naszych biegów narciarskich - żałuje Stanisław Mrowca. Odkrywca talentu naszej pięciokrotnej medalistki olimpijskiej widzi nadzieję w tym, że Justyna po zakończeniu kariery wykorzysta swoją wiedzę oraz doświadczenie i nie pozwoli tej dyscyplinie u nas zginąć.

Mirosław Ząbkiewicz, Interia: Podkreślał pan, że takie talenty, jak Justyna Kowalczyk czy Józef Łuszczek rodzą się raz na sto lat. Pan jednak wciąż szuka ich następców.

Reklama

Stanisław Mrowca, odkrywca talentu Justyny Kowalczyk: - Dalej jestem trenerem-koordynatorem biegów w Małopolsce, organizujemy ligę wojewódzką Szkolnego Związku Sportowego. W każdym rzucie startuje po trzysta młodych biegaczy i biegaczek, no i szukamy następcy Justyny, a nie jest łatwo znaleźć drugi taki talent.

- Trzeba mieć trochę szczęścia, ale znaleźć Justynę było łatwo, bo we wszystkim się wyróżniała. Z nią był inny problem - jak ją namówić do biegów?!

- Długo, bardzo długo trzeba będzie czekać na kolejną polską zawodniczkę, która zdobędzie medale na trzech kolejnych igrzyskach.

Minęły już czasy, gdy Justyna stawała na podium co tydzień, ale z tego co pan mówi, to ograniczenie przez nią startów nie odbiło się na ilości dzieci trenujących biegi.

- Nie, dzięki nauczycielom-trenerom, rodzicom. W takiej Obidowej narciarstwo biegowe to tradycja, biegają już trzy pokolenia. Tylko żeby jeszcze wyłapać taki talent, jak Justyna...

Może w ślady Justyny pójdzie Monika Skinder? Szesnastolatka wykosiła doświadczone rywalki podczas mistrzostw Polski.

- Nie jest to takie proste. Justyna przeszła straszną drogę ognia. Przypomnę tylko, że była mistrzynią Polski młodziczek, juniorek młodszych, juniorek i seniorek. Konsekwentnie pokonywała kolejne szczeble. Wykonała wielką pracę.

Mówił pan kiedyś, że miał bardzo zdolnych juniorów, ale zrezygnowali, bo zdeprymowało ich to, że nie mogli zaistnieć w Pucharze Świata.

- Do tej pory tak jest! Nasze władze sportowe chciałyby, żeby przykładowo Sylwia Jaśkowiec regularnie zajmowała miejsce w dziesiątce-piętnastce zawodów Pucharu Świata. Wtedy może miałaby takie warunki jak Kowalczyk. Przecież pojawiło się mnóstwo dobrych zawodniczek, ale jak się nie stwarza im odpowiednich warunków, to nie będą się tak rozwijać jak Norweżki. Takie warunki jak Skandynawki ma Justyna, ale ona zapracowała sobie na nie wynikami.

Gdy zapytałem szefa Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusza Tajnera o to, co można zrobić, aby dać szansę naszym biegom narciarskim, odpowiedział, że to sport wytrzymałościowy i wyniki pojawiają się w wieku około 25 lat, a do tego czasu mamy dziurę od momentu, w którym zawodnik kończy szkołę średnią. Musi z czegoś żyć, a jest jeszcze za słaby, by liczyć na stypendium od państwa, pieniądze od sponsorów czy nagrody.

- Rzeczywiście, wyniki na najwyższym poziomie zaczyna się osiągać w wieku 24-25 lat, ale do tego momentu trzeba dotrenować i cały czas być w światowej czołówce. Nie ma innej drogi! Zdarzało się, że ktoś późno rozpoczynał bieganie, a osiągał sukcesy, ale to bardzo rzadkie przypadki i z dawnych czasów. Teraz to już raczej niemożliwe. Nie ma nic za darmo! Jak zaniedbamy szkolenie zawodników w przedziale wieku 18-24, to przepadną nawet ci najbardziej utalentowani. Tak samo będzie z Sylwią Jaśkowiec, a przecież jest dwukrotną mistrzynią świata młodzieżowców.

Co więcej! Potwierdziła, że może osiągać sukcesy także w seniorkach, zdobywając brąz mistrzostw świata w Falun.

- Oczywiście, ale to Justyna dała jej i sobie szansę zdobycia medalu w sprincie drużynowym. Sylwia dołączyła do drużyny Justyny i mogła skorzystać z jej zaplecza, ale później ich drogi się rozeszły. Justyna poszła swoją, a Sylwia została.

Za rok igrzyska, po których Justyna Kowalczyk może zakończyć karierę. Wygląda na to, że okres polskich sukcesów w biegach narciarskich dobiega końca.

- Żal mi, bo ja również zabiegałem, żeby po Justynie Kowalczyk coś pozostało w polskich biegach narciarskich. Nie udało się. Nie powstały trasy z prawdziwego zdarzenia ani nawet prawdziwy system szkoleniowy jak w skokach narciarskich. Jest wprawdzie "Bieg na igrzyska", ale ja go krytykuję, bo nie ma sensu jechać tysiąc kilometrów na zawody, żeby dziecko przebiegło dwa razy po kilometrze. Dobrze, że funkcjonują ligi wojewódzkie. W czterech czy pięciu województwach są sponsorowane przez Azoty. To symboliczny sponsoring, ale dobre i to. Generalnie jednak sukcesy Justyny nie mają przełożenia na rozwój biegów narciarskich w Polsce.

- W okresie największych sukcesów Justyny rozmawiałem z nią o tym, że może pomyślałaby o stworzeniu jakiegoś systemu szkoleniowego, bo przecież skończyła AWF i ma doświadczenie. Wtedy nie miała czasu, ale może po zakończeniu kariery? Życzę jej, aby zdobyła medal na igrzyskach, a po tym, jak zakończy swoją piękną karierę, żeby zajęła się rozwojem biegów narciarskich w Polsce.

Rozmawiał Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje