Śliczne Tyrolki i rzeka piwa

Trzy śliczne Tyrolki nalewają 300 litrów piwa każdego dnia hokejowych mistrzostw świata. Podobnych stoisk w hali lodowej w Innsbrucku jest kilka, więc pod koniec ostatniego meczu wzrok wielu fanów jest dość mętny, co nie zmienia faktu, że wszyscy świetnie się bawią.

Piwo leje się tu strumieniami. Co leniwsi przychodzą na mecze ze specjalnymi tekturowymi wieszakami na plastykowe kubki z piwem. Biorą od razu cztery, dzięki czemu nie muszą ruszać się z miejsca. No, przynajmniej do drugiej przerwy?

Reklama

Na terenie sportowego kompleksu jest też knajpa serwująca mocniejsze trunki i choć ani policjanci, ani ochroniarze nie rzucają się w oczy, to na trybunach nie dochodzi do żadnych rozrób.

Zresztą atmosfera przypomina bardziej tę z rodzinnego pikniku niż areny, na której czterdziestu twardzieli przy pomocy kijów walczy na całego. Pewnie, jest doping, są chóralne śpiewy, ale gdy tatusiowie przeżywają kolejną akcję swojego zespołu, ich dzieci grają w piłkę na koronie hali.

Dominują oczywiście Austriacy. Większość z nich przychodzi na mecze w koszulkach reprezentacji, najczęściej z numerem 26 na plecach czyli takim, z którym gra Thomas Vanek.

Po tym, jak jego "Szable" z Buffalo nie awansowały do play offów NHL, szybko spakował walizki i obrał kurs na Innsbruck, aby pomóc swojej reprezentacji. Do tego stopnia zaskarbił sobie serca tutejszych hokejowych fanów, że na jego punkcie zapanowało tu prawdziwe szaleństwo. Gazety rozpoczynają relacje z imprezy od tego czy strzelił gola, czy nie strzelił, fani skandują jego nazwisko, a sklepy sportowe zbijają krocie na sprzedaży koszulek z jego numerem.

Fani z Innsbrucka kochają hokej i niestraszne im ani ceny biletów (22 euro za mecz Austriaków, 10 euro w przypadku spotkań innych zespołów, 400 euro najdroższe karnety na całą imprezę), ani ceny piwa (3,10 euro, podczas gdy w sklepie identyczne kosztuje dokładnie cztery razy mniej).

Silna ekipa dotarła do stolicy Tyrolu z Wielkiej Brytanii. Solidarnie ubrana w reprezentacyjne bluzy, dopinguje zespół w rytm wybijany na wielkim bębnie. Mniej wiać na trybunach polskich fanów, ale już od pierwszego meczu "Orłów" zadbali, by dodać im otuchy i wywiesili wielkie biało-czerwone flagi. Są fani z Sosnowca i Śląska, na mecz z Kazachstanem przyjechali z Nowego Targu i Sanoka, a jeśli w sobotę rzeczywiście będziemy walczyć z Austriakami o awans, to można stawiać w ciemno, że dołączą kolejni.

Organizatorzy mieli zgryz czy turniej rozegrać w hali olimpijskiej czy na Tyroler Wasserkraft Arenie. Obie znajdują się pod jednym dachem, z tą różnicą, że ta pierwsza mieści na trybunach osiem tysięcy widzów, a druga trzy razy mniej. Austriacy obawiali się, że kibice nie będą wypełniać dużej hali, a koszty zabezpieczenia imprezy zdecydowanie wzrosną, dlatego podczas mistrzostw jest wykorzystywana jedynie do treningów.

Szkoda, bo już w środę podczas meczu Polaków z Kazachami trudno było znaleźć wolne miejsca, a godzinę później, gdy Austriacy walczyli z Holendrami, mała hala pękała w szwach. Na każdej z trybun trudno było wepchnąć choćby szpilkę, a co będzie się działo w piątek, gdy gospodarze zagrają z Kazachami czy w sobotę podczas starcia Polaków z Austriakami?

Mirosław Ząbkiewicz, Innsbruck

Dowiedz się więcej na temat: mecze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama