Wielka sobota i wielki skandal

Futbolowe wydarzenia minionej Wielkiej Soboty, nie można zaliczyć do wielkich , ale do bardzo wielkich, ponieważ zwycięstwo w eliminacjach MŚ w takich rozmiarach nie zdarza się często, a poza tym postawa naszej narodowej drużyny mogła zaimponować, szczególnie w końcówce, kiedy wynik praktycznie był już przesądzony, a nasi gracze, zamiast grając w myśl dotychczasowego hasła: "odpuścić rywalom", w dalszym ciągu zachowywali się jak prawdziwi profesjonaliści.

Wielkanocne, nomen omen (kto wie, czy nie zmartwychwstała wielka polska piłka?) spotkanie potwierdziło, że reprezentacja oparta na Dudku, Krzynówku i jak największej liczbie byłych i obecnych wiślaków stanowi rozumiejący się team i teraz jedynym zmartwieniem Janasa będzie utrzymanie stabilizacji formy i szukanie młodych dublerów, by kontynuowany był , całkiem niezły, "oskrzydlający" styl gry, poparty wspaniałymi prostopadłymi podaniami Szymkowiaka do napastników. Jestem głęboko przekonany, że selekcjoner , analizując to spotkanie, zrezygnuje raz na zawsze z powoływania (czytaj promowania) Radosława Kałużnego, Dariusza Żurawia, Arkadiusza Radomskiego, Bartosza Karwana, Grzegorza Rasiaka i pary innych graczy, którzy, czy to ze względu na wiek, czy dotychczasowe mierne reprezentacyjne występy nie rokują nadziei na wykorzystanie w drużynie, która w przypadku awansu do niemieckich finałów MUSI grać jeszcze, i to dużo, lepiej. Zatem jeszcze raz apeluję do Pawła, by teraz kiedy praktycznie ma 14-15 pewniaków, na następne zgrupowania powoływał "młodych Orlików", których trener U-21, Władek Żmuda nie szkoli po to, by wygrać jakieś tam młodzieżowe eliminacje, ale po to by przygotować jak najwięcej swoich podopiecznych do gry w najważniejszej polskiej drużynie. Osobiście nie miałbym nic przeciw temu, by na następne zgrupowanie "Janosików" powołania do szerokiej kadry (w celu nabierania doświadczenia i podpatrywania "etatowców") dostali bracia Brożkowie, Marcin Burkhardt, Przemysław Kaźmierczak, Jakub Rzeźniczak, Maciej Korzym, objawienie ostatniego roku, Marcin Smoliński i paru innych utalentowanych graczy, których ubytek w zespole U-21 będzie inspiracją dla Żmudy, by poszukiwać i promować do "pierwszej" kadry, "nowych Orlików".

Reklama

Co zaś się tyczy "etatowców", to mam tylko dwie drobne uwagi. Pierwsza dotyczy skuteczności, a właściwie jej braku u Macieja Żurawskiego , co (dzięki dyletanckiemu prezesowaniu braci B. w Wiśle) było do - o czy pisałem dużo wcześniej - przewidzenia. Nawet futbolowy dyletant (oczywiście poza superdyletantem, Januszem B.) wie, że jeśli zawodnik w okresie "ładowania akumulatorów", zamiast skupić się na ciężkiej pracy, prowadzi (za przyzwoleniem, ba namową szefów, którzy na siłę, chcą odzyskać zainwestowany szmal) rozmowy z hiszpańskimi, rosyjskimi, tureckimi i jeszcze czort wie jakimi klubami, to i nie dziwota, że brakuje mu precyzji w decydujących pod bramkę przeciwnika momentach.

Druga uwaga dotyczy wielce utalentowanego, ale już nieźle sfrustrowanego, Sebastiana Mili, któremu selekcjoner jak najszybciej powinien upuścić sodówką z głowy i wytłumaczyć na czym polega gra w zawodowym zespole, oraz Andrzeja Niedzielna , któremu - z kolei - Janas powinien postawić ultimatum: jeśli nie poprawi skuteczności, to zrezygnuje z Jego usług, bo chronicznie niewykorzystywanie stuprocentowych okazji, podczas meczu, przez tego zawodnika może podłamać zespół.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o sportowe "wielkanocne blaski" , natomiast, swoistym cierniem wciśniętym na głowę polskiego sportu była skandaliczna nominacja - decyzją prezydium PKOL - Zbigniewa B. na attache polskiej reprezentacji olimpijskiej . Tę poniżającą nas-olimpijczyków decyzję, argumentowano wspaniałą (i to jest niezaprzeczalną prawdą) karierą piłkarska "attaszowca", natomiast wstydliwie przemilczano jego działalność, jako ogromnie wpływowego człowieka w PZPN w okresie, kiedy na miodowych salonach wybuchały największe w historii polskiej piłki -do dziś zresztą niewyjaśnione - skandale, afery i przekrętła, oraz obecną , niezgodną z prawem działalność w Widzewie.

Jedynym "logicznym" wyjaśnienie tej super, superskandalicznej decyzji jest dyskusja (brałem w niej udział), jaka miał miejsce 9 stycznia 2002 roku w gmachu sejmowym na Wiejskiej, z której stenogramem można zapoznać się na stronach internetowych Sejmu w biuletynie 207/IV, a którą postaram się przedstawić w telegraficznym skrócie.

Otóż wówczas, w dużej mierze dzięki postawie zaprezentowanej przez przedstawiciela PZPN Zbigniewa B., podczas dyskusji przed sejmową Komisją Kultury i Środków Przekazu, na temat groźby zakodowania przez telewizję Polsat transmisji z finałowych spotkań naszej reprezentacji na koreańskim mundialu, telewizja publiczna musiała odkupić sublicencję - od Polsatu - za 7 (słownie siedem) milionów dolarów (oczywiście z naszych pieniędzy abonamentowych), by transmitować mecze naszej drużyny narodowej i kilku innych spotkań, które według zaleceń światowych władz piłkarskich powinny być przekazywane w tak zwanym paśmie ogólnodostępnym. Smaczku w tej całej sprawie dodaje fakt, iż wówczas (do dziś zresztą) w "drużynie Polsatu" na kluczowej pozycji gra... nowo wybrany podczas lutowego Walnego Zgromadzenia szef ruchu olimpijskiego w Polsce, Piotr Nurowski. A swoją drogą, to ciekawe, dlaczego prezydium PKOL - na pierwszym, po wyborach posiedzeniu - zamiast zająć się problemem rozwiązania konfliktu w Polskim Związku Narciarskim (praktycznie jedyna szansa zdobycia olimpijskiego medalu), dokonuje wyboru swojego turyńskiego przedstawiciela - czyżby dług wdzięczności prezesa za sublicencję, był ważniejszy od zdobycia olimpijskiego medalu? A tak na marginesie, to dziwnym wydaje się, dlaczego nie zaproponowano tej honorowej i zaszczytnej funkcji pani ambasador przy stolicy apostolskiej - byłej premier RP, Hannie Suchockiej?

Poza tym, prezydium i oczywiście pan prezes Piotr Nurowski już niedługo będą musieli "przełknąć niezłą pigułę" (o czym na pierwszych stronach będzie donosiła - nie tylko sportowa - prasa na całym świecie), kiedy to Zbigniew B. zostanie wezwany do prokuratury, która - po artykule w Rzeczpospolitej opisującym "ogromnie korzystne kupno" praw do transmisji (2002-6) telewizyjnych przez TVP i wiele innych "opylań" byłego kopanego decydenta - zmuszona została do wszczęcia śledztwa.

Osobiście, jestem oburzony tą haniebną nominacją i jako olimpijczyk publicznie protestuję, że człowiek, który grał pierwsze skrzypce w aferach i skandalach , jakie miały miejsce w naszej piłce i który ze sportami zimowymi, oraz ideą olimpijską, ma tyle wspólnego, co ja z budową Muru Chińskiego reprezentował naszych sportowców na Igrzyskach w Turynie.

Jan Tomaszewski

PS. Niestety, decyzja prezesa i prezydium PKOL , oraz przyzwolenie (po "karcącym" telefonie Zbigniewa B. w sprawie "gwałtownych faktów" do... członka nowego Widzewa, Wiesława Wilczyńskiego) szefa sportu polskiego na turyńską, attaszowską nominację Zbigniewa B., potwierdza niestety moją wcześniejsza tezę o tym, że "MÓJ BOHATER" w trybie awaryjnym szuka "parasola ochronnego" , który przed zabezpieczy Go, przed "deszczem zarzutów", jaki SPADNIE na jego głowę, gdy w Polsce władzę przejmie nowa opcja polityczna.

JAN T.

W związku z obraźliwymi tekstami komentarzy dotyczących felietonów Jana Tomaszewskiego, uprzejmie informujemy, że nie będziemy publikowali anonimowych komentarzy w których zamiast merytorycznej dyskusji, będą zawarte wyzwiska, pogróżki i obraźliwe epitety pod adresem naszego współpracownika.

Jeśli ktoś z zainteresowanych czuje się pokrzywdzony tekstem Jana Tomaszewskiego, ma prawo dochodzić sprawiedliwości drogą prawną.

Jednocześnie informujemy, że zamieścimy każdy, nawet najbardziej drastyczny komentarz, ale pod warunkiem uprzedniego sprawdzenia danych osobowych autora, by pan Jan Tomaszewski mógł dochodzić swoich praw w sądzie powszechnym.

Dowiedz się więcej na temat: PKOl | prezydium | skandal

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje