Komu to było potrzebne?

Dwumecz z Białorusią był tak potrzebny naszej reprezentacji, jak dzwoneczek zawieszony na szyi zajączka podczas polowania i nie mam tutaj na myśli wyników, a ewentualnych korzyści szkoleniowych, jakie muszą wynikać z ostatniego, przed eliminacyjnymi meczami, wspólnego spotkania najlepszych polskich piłkarzy.

Zjazd kadrowiczów (oczywiście w Pyrolandii) bardziej przypominał przymusowy obóz pracy-reklamowo-marketingowej niż spotkanie drużyny, która ma na kilkudniowym wspólnym zgrupowaniu przećwiczyć zadania taktyczne, które powinny zaskoczyć naszych rywali w walce o awans do niemieckich finałów.

Reklama

Tak więc zamiast skupić się na problemie, jak ograć Azerów i Irlandczyków kadrowicze musieli - na kilkunastostopniowym mrozie - przez 8 godzin dziennie robić za aktorów, by sponsor reprezentacji mógł zrealizować reklamówkę swojej, mam nadzieje (nie)wątpliwej jakości produkcji. Przypomnę tylko, że jedną z głównych przyczyn kompromitacji koreańskiej było zachwianie proporcji (od zwycięskiego meczu z Norwegią do wyjazdu do Korei) pomiędzy szkoleniem a marketingiem, które reprezentacji "zafundował" Zbigniew B. - w efekcie czego nasze Orły "dostały rozwolnienia" - nie mylić z niezbędną prawdziwym futbolistom, biegunką. Szczególnie, dużo wstydu najedliśmy się kiedy to drużyna narodowa, po "konsumpcji" słynnych zup, zaserwowała nam, kibicom, podczas pojedynków z gospodarzami i Portugalczykami, domowej roboty, futbolową lipę w proszku.

W normalnie funkcjonującej federacji, umowy reklamowe załatwia się w 6-tygodniowej przerwie letniej, obowiązującej w futbolu zawodowym , podczas której sponsor zaprasza do atrakcyjnej miejscowości wczasowej kadrowiczów z rodzinami i wówczas z obopólną korzyścią realizowane są zobowiązania marketingowe.

Ale by takie działanie stały się normalnością w naszej skopanej konieczne jest rozpędzenie na cztery wiatry większości członków , słynnego z tfu..raczej działalności Wydziału Szkolenia, o którym reprezentanci (nie bez kozery) mówią - futbolowe, profesjonalne... bezmózgowie.

Natomiast zdublowanie szefostwa szkoleniowego w prezydium związku (Antoni Piechniczek zamienił (oj wszystko na to wskazuje, że siekierkę na kijek) Henryka Apostela, któremu z kolei, ze względu na brak paru lat do emerytury, stworzono stanowisko - czytaj lukratywną synekurę - jakiegoś dyrektora sportowego wszystkich reprezentacji, sprowadza do jedynie słusznego wniosku, że nieszczęścia w naszej piłce chadzają, a właściwie zasiadają w najwyższych miodowych władzach, parami - niestety.

I to by było na tyle w sprawach organizacyjnych, natomiast co się tyczy szczegółów szkoleniowych, to tylko skopany po głowie kretyn mógłby zrozumieć pewne decyzje i (bez)sens wypowiedzi selekcjonera.

Jeśli chodzi o decyzje personalne dotyczące wyjściowej jedenastki, to tylko Wydział Szkolenia może zrozumieć dlaczego spotkanie z Białorusinami rozpoczęliśmy z nominalnymi lewymi pomocnikami (Jacek Krzynówek, Kamil Kosowski) biegającymi na prawej stronie boiska, natomiast kończyliśmy mecz z typowymi dwoma prawymi (Marcin Zając, Damian Gorawski), z których ten drugi, po stworzeniu kilku niebezpiecznych dla przeciwnika akcji po prawym skrzydle, później bezskutecznie "szukał gry", albo jak kto woli, statystował na lewej flance.

Dodając do tego kolejny "fantastyczny stójkowy występ" - sprawiali wrażenie, jakby byli po dubeltowej wiagrze - Radosława Kałużnego i Grzegorza Rasiaka, zupełnie nikomu nie potrzebny debiut "utalentowanego młodzieniaszka" Żurawia, oraz nijakie występy Hajto, Zająca i Radomskiego, to nie dziwota, że opinia, iż Paweł Janas nie ma trzeźwego spojrzenia na aktualne możliwości poszczególnych kadrowiczów, będzie w dalszym ciągu aktualna.

Niestety, opinia ta została poszerzona o "trudności z myśleniem" najważniejszego szkoleniowca w Polsce, kiedy to zeznając w telewizorze - tuż po zakończeniu meczu - na pytanie dziennikarza o beznadziejnie grającego w tym dniu (rekordowa ilość niecelnych podań i gra wszędzie, tylko nie na własnej pozycji) Sebastiana Mili, stwierdził, że On jest innego zdania i według niego były pomocnik Groclinu rozegrał całkiem niezłe spotkanie - być może oglądał, (oj coś mi się wydaje, że urwał mu się...) całkiem inną bajkę, od tej, którą zaserwowała nam telewizja. Jednak szczytowym - większym od wszystkich himalajskich szczytów - osiągnięciem Janasa była odpowiedź dotycząca zwolnienia z drugiego spotkania trzech (Macieja Żurawskiego, Tomasza Kłosa i Tomasza Frankowskiego) wiślaków, którą ze względu na fenomenalną logikę zacytuję po literkach: Ja chcę by ci zawodnicy wystąpili w sobotę, ale decyzję podejmą prezesi (Listkiewicz, Basałaj i "parzyste nieszczęścia", czyli Heniu z Tonim), którzy właśnie tę sprawę omawiają na górze - czytaj loży vipowskiej.

A ja naiwny - i sądzę, milionowa rzesza sympatyków piłki - byłem święcie przekonany, że skład kadry ustala tylko i wyłącznie selekcjoner ze swoimi najbliższymi współpracownikami.

A czy nie prościej było zorganizować wspólnie z Wisłą (hurtowym dostawcą towaru do kadry) zgrupowanie kadry w Turcji, by uniknąć podobnych dylematów - ale czy w głowie tego bezmózgowia futbolowego może począć się tak proste i nieskomplikowane rozwiązanie? Jest to dla mnie ogromną niespodzianką, bo przecież każde dziecko w naszym kraju wie, że największym atutem tej miodowej koterii są frajerskie wyjazdy na mecze reprezentacji, a ten do Austrii z przerwą na nocną orgietkę w bratysławskim klubie "go-go" przejdzie do "najchlubniejszej" historii polskiego futbolu.

Oczywiście byłbym niesprawiedliwym, gdybym nie zauważył pozytywów spędu najlepszych polskich kopaczy w Pyrolandii.

Najważniejszym był brak wicePiechniczka w roli komentatora, który by wzorem narciarskiego szefa szkolenia Apoloniusza Tajnera (naukowo tłumaczy permanentne spadanie naszych skoczków - oprócz Adama - bo przecież jeden wyskok - dzięki dobremu wiatrowi, "popuszczonemu" podczas lotu - Stocha wiosny nie czyni) wmawiał nam, 40 milionowemu plebsowi, że wszystko idzie w dobrym kierunku i po zakończeniu eliminacji (nie)obudzimy się z ręką w nocniku, pozbawieni po raz kolejny futbolowych złudzeń - Chociaż jego następca Wojciech Łazarek starał się jak mógł , by dorównać Piechnikowi i w tym zamyśle "chlapnął", że, cytuję po literkach: do gry i wyniku nie należy przykładać (i słusznie) wagi, ponieważ (a tu nie koniecznie słusznie) nasi piłkarze w tym okresie nie są optymalnie przygotowani do gry? - a ja mam pytanie do Wojtka, czy na Białorusi sezon piłkarski jest w pełni?

Całe szczęście, że głównie, dzięki dodatkowemu powołaniu zawodnika - obrońcy, którego kilka dni wcześniej skompromitowali napastnicy Słowenii (wynik 6:1 do tyłu) i na którym ciąży śmiertelny wypadek spowodowany pod "niezłym wpływem", reprezentacja Ligi rozgromiła Białoruską młodzież, co przy ogromnym zadowoleniu selekcjonera, zostało zinterpretowane, jako wiekopomne zwycięstwo w dwumeczu nad naszymi wschodnimi sąsiadami w stosunku 5:3, co oczywiście zwiastuje wielki optymizm przed eliminacyjną batalią.

Natomiast dla mnie najoptymistyczniejszym akcentem był wynik (wprawdzie o dwa gole gorszy, ale również w plecy) a szczególnie żenująca gra naszego zespołu w pierwszym spotkaniu, która do złudzenia przypominało lekcję, jaką przed wyjazdowymi spotkaniami eliminacyjnymi udzielili nam Duńczycy - i dlatego nie miałbym nic przeciw temu, by historia się powtórzyła.

Jan Tomaszewski

W związku z obraźliwymi tekstami komentarzy dotyczących felietonów Jana Tomaszewskiego, uprzejmie informujemy, że począwszy od dnia dzisiejszego nie będziemy publikowali anonimowych komentarzy w których zamiast merytorycznej dyskusji, będą zawarte wyzwiska, pogróżki i obraźliwe epitety pod adresem naszego współpracownika.

Jeśli ktoś z zainteresowanych czuje się pokrzywdzony tekstem Jana Tomaszewskiego, ma prawo dochodzić sprawiedliwości drogą prawną.

Jednocześnie informujemy, że zamieścimy każdy, nawet najbardziej drastyczny komentarz, ale pod warunkiem uprzedniego sprawdzenia danych osobowych autora, by pan Jan Tomaszewski mógł dochodzić swoich praw w sądzie powszechnym.

Dowiedz się więcej na temat: kadry | szkolenia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama