Kibice i Lech znakami jakości polskiej piłki

Najciekawszy w historii finisz walki o mistrzostwo Polski, coraz bardziej wyrównana Ekstraklasa z wcale nie tak słabym poziomem (Lech robi furorę w LE, a w lidze jest 11.) i odmłodzona, perspektywiczna reprezentacja - rok 2010 dla polskiej piłki nie był stracony.

Dyskutuj na blogu Michała Białońskiego

Kibice wielką siłą polskiej piłki

Reklama

Można narzekać, że Ekstraklasa wciąż nie może się doczekać na sponsora, a kluby takie jak Ruch i Wisła stanowczo za wcześnie odpadły z kwalifikacji do Ligi Europejskiej, ale w polskiej piłce w mijającym roku zdecydowanie więcej było pozytywów. Dostarczyli ich kibice, którzy w sile ponad 83 tys. przyszli na osiem meczów 11. kolejki (Lech Poznań - Wisła Kraków 23 525, Legia Warszawa - Górnik Zabrze 19 239).

Sporą zaletą ligi jest to, że dzisiaj nikt nie wie, kto zostanie mistrzem, a w wyścigu po tytuł jest co najmniej sześć-siedem zespołów na czele z rewelacyjną Jagiellonią.

Dawno się nie zdarzyło, by tak dużo klubów w rodzimej lidze preferowało ofensywny styl gry i na dodatek przynosiło im to sporo korzyści. "Jaga" stawia na ofensywę i prowadzi w tabeli, lubująca się w długim rozgrywaniu piłki Wisła jest druga, stawiająca na widowiskowe stałe fragmenty Legia tuż za nią, dalej mamy pomysłowo grającą Koronę, a szóstą hołdującą systemowi 4-3-3, najczęściej atakującą Lechię.

Gry "na aferę" coraz mniej

Drwali stawiających na murowanie bramki, cięcie równo z trawą, próbujących uszczknąć coś po kontrze, a później byle wytrwać do ostatniego gwizdka, jest coraz mniej. Ktoś wskaże na Arkę, która momentami wygląda, jakby zebrała z portu co roślejszych dokerów. Ale trener Dariusz Pasieka ma przemyślaną strategię: za niewielkie środku zbudować solidny, twardo grający, niepękający przed nikim zespół. I wiecie co? Dysponujący o połowę mniejszym od Cracovii budżetem gdynianie są znacznie bliżsi utrzymania się w Ekstraklasie.

Najstarszy klub bez idoli, z chaotycznymi transferami

Sformułowanie "bardzo wyrównana liga" nie dotyczy tylko Cracovii, w której im więcej osób majstruje przy transferach, tym gorsze efekty. Na dodatek "Pasy" odprawiają piłkarzy, którzy identyfikowali się z klubem: Dariusza Pawlusińskiego i Marcina Cabaja. Ten pierwszy tylko dlatego, że klub nie chciał mu dać półtorarocznego kontraktu (upierał się przy rocznym). Zastanawiam się, kto ma być idolem dla młodych fanów "Pasów". Krzywicki, Klich, Ntibazonkiza? Bartosza Ślusarskiego już nie ma przy Kałuży, Radosława Matusiaka też za chwilę nie będzie.

"Plastik" to symboliczny, bo ostatni udany transfer Cracovii, dokonany jeszcze w erze Pawła Misiora - ówczesnego prezesa Cracovii. Został pozyskany z Bełchatowa za darmo i przyniósł Cracovii dużo korzyści. Co ciekawe, rok temu Pawlusiński wykrakał swój rozwód z klubem. Gdy udzielał wywiadu jako bohater Treningu Noworocznego 2010 r. powiedział:

- Dzisiaj odbieram gratulacje, jestem bohaterem, a za rok mnie tu już nie będzie - mówił Pawlusiński i tłumaczył, że nad strzelcami pierwszych bramek Noworocznym ciąży fatum. Kilku ostatnich rychło opuściło klub: Marcin Bojarski, Przemysław Kulig, Piotr Bania i Łukasz Szczoczarz. - Nie jestem zabobonny, ale mój kontrakt z Cracovią wygasa w grudniu 2010 roku. Najwyżej na przyszłoroczny Trening Noworoczny przyjdę w roli kibica - uśmiechał się Dariusz Pawlusiński.

Z dzisiejszej perspektywy widać, że błędem było odprawienie z ul. Kałuży trenera Oresta Lenczyka, przy którym "Pasy" wygrały chociażby dwumecz z Wisłą. - Nie chcę do przedostatniej kolejki trząść się to, czy spadniemy z ligi - uzasadnił rozwód z Wielkim Orestem profesor. Niedawno na forum jeden z kibiców skomentował to tak: "To w tym sezonie już od listopada mamy całkowitą jasność w tym temacie".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje