Dzięki Leo "Mannschaft" to też "drużyna"

Cechą wielkich zespołów jest wygrywanie także tych meczów, w których przeciwnik ma przewagę. Umiejętność tę o dawien dawna mają we krwi Niemcy, którzy przywożą medale z największych imprez. Zaledwie w ciągu roku Leo Beenhakker nauczył tego Polaków.

Niemcy mają "manschaft", a my wreszcie drużynę z prawdziwego zdarzenia.

Reklama

Meczu z Belgami wcale nie musieliśmy wygrać. Graliśmy kiepsko, przeciwnik był groźniejszy. Mieliśmy jednak swoje pięć minut, w trakcie których strzeliliśmy dwa gole jak dwie pieczęcie do paszportu na Euro 2008.

Serbscy komentatorzy "Eurosportu" obie bramki, jakie strzeliliśmy Belgom nazywają "przyjacielskimi". Owszem, przy pierwszej młody obrońca Jan Vertonghen popełnił błąd - za lekko wycofał do bramkarza, ale gdyby nie instynkt Ebiego Smolarka, który pociągnął na bramkę równo z podaniem, gola by nie było. A już drugą bramkę trudno nazwać prezentem. Centra Jakuba Błaszczykowskiego była tak trudna dla obrońców, że Vincent Kompany wybijający piłkę na oślep nożycami, odroczył tylko egzekucję. Błędem nie można nazwać też wybicia piłki przed siebie przez bramkarza Stijnena po piekielnie silnym strzale Jacka Krzynówka, a i podcinka Smolarka była przedniej marki.

Z Portugalią w Lizbonie wprawdzie nie wygraliśmy, ale dzięki mentalności, którą piłkarzom wpoił Leo potrafiliśmy zremisować mecz z gatunku "przegranych".

Beenhakker wie doskonale, że sam fakt awansu nie wyprostuje wszystkich zakrętów na jego drodze. Co więcej, teraz może ich przybyć. Jeśli Maciej Żurawski i inni rezerwowi w swoich klubach zagranicznych nie zaczną grać w piłkę regularnie, na finały ME trzeba będzie szukać nowych piłkarzy na kluczowych pozycjach. "Żuraw" A.D. 2007 to znacznie słabszy piłkarz, niż ten sprzed roku, czy dwóch. To samo dotyczy Radosława Matusiaka.

Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: beenhakker | Niemcy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje