Mark Webber: Po chwili widziałem tylko niebo

Kierowca zespołu Red Bull Australijczyk Mark Webber, który w niedzielę podczas wyścigu o Grand Prix Europy na torze w Walencji miał bardzo groźny wypadek uważa, że do kolizji z bolidem Lotus-Cosworth Fina Heikki Kovalainena nie powinno dojść.

Do wypadku doszło na dziesiątym okrążeniu, Webber przy próbie wyprzedzenia rywala wjechał w tył jego samochodu. Bolid Australijczyka został wyrzucony w powietrze, koziołkował i w końcu uderzył w barierę bezpieczeństwa. Po chwili Webber o własnych siłach wyszedł z rozbitego samochodu, na torze natychmiast pojawił się safety car.

Reklama

"Byłem przekonany, że Heikki widząc mnie w lusterku tuż za sobą, da się wyprzedzić. Red Bull jest bowiem szybszy niż Lotus, dlatego wcześniej czy później tak by się stało. Ale rywal zaczął przed dwunastym zakrętem hamować. Gdy się zorientowałem, że jedzie coraz wolniej, było już za późno. Po chwili widziałem tylko niebo, leciałem w powietrzu. Myślałem tylko o tym, czy w coś uderzę, ale na moje szczęście w nic nie trafiłem" - powiedział Webber.

Australijczyk przyznał, że po wypadku ma tylko kilka niegroźnych zadrapań i siniaków, a życie uratowała mu bezpieczna kabina kierowcy (monocoque).

"Zapisy telemetryczne nie kłamią, Heikki zaczął hamować przed tym pechowym zakrętem o 80 metrów wcześniej niż ja. Moje tempo jazdy było zdecydowanie lepsze, dlatego powinien mnie przepuścić. Ja rozumiem, że każdy z nas walczy o jak najlepszą pozycję, ale w stawce są szybsze i wolniejsze samochody i trzeba się w tym pogodzić" - dodał Australijczyk.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Lotus | niebo

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje