Władymir Kliczko obronił tytuł IBF

Na ringu w Madison Square Garden Władymir "Dr Steelhammer" Kliczko (47-3, 42 KO) obronił tytuł mistrza świata International Boxing Federation, nokautując w 2 minucie i 10 sekundzie siódmej rundy Amerykanian Calvina "Boksujacego Bankiera" Brocka (29-1).

Zwycięstwem w Nowym Jorku Kliczko potwierdził jedno na pewno - że nikt w wadze ciężkiej nie bije mocniej.

Reklama

MSG: POWRÓT ALEGO

35 lat od dnia, w którym po raz ostatni walczył w Madison Square Garden, w zaliczonym już do historii boksu pojedynku z Joe Frazierem, Muhammad Ali powrócił do najsławniejszej sali sportowej świata - tym razem oglądać w akcji swoja córkę Lailę. Do pojedynku z Frazierem, wtedy niepokonanym, Ali przystępował bez tytułu odebranego nie na ringu, ale za odmowę służby wojskowej w US Army. Przegrał, po 15 rundach nieustannej wymiany ciosów, ale właśnie od 1971 roku wiadomo było, że Ali zmieni oblicze tego sportu. Jego córka, która zainteresowała się boksem dopiero w wieku 18 lat oglądając w prowadzonym przez siebie salonie kosmetycznym program telewizyjny pokazujący walkę kobiet, wygrała do tej pory komplet 22 walk (3 przed czasem), miała w MSG za rywalkę praktycznie nieznaną Shelley Burton (8-2) z Montany. Czarny, wydłużony mercedes przywiózł do Madison Square Garden tylko Lailę, która praktycznie od zawsze nic chciała by kojarzono ją tylko ze sławnym ojcem. - Nikt nie wychodzi na ring walczyć z moim ojcem z czasów jego świetności, tylko ze mną. Jak dostaje cios - a dostaję, bo w odróżnieniu od ojca nie jestem mistrzynią obrony - to wcale nie boli mnie mniej, tylko dlatego, że nazywam się Ali - powiedziała INTERIA.PL Laila.

Jej ojciec pojawił się w Madison Square Garden, kiedy córka była na ringu. Przywieziony golfowym wózkiem, cierpiący na coraz bardziej widoczną chorobę Parkinsona, były trzykrotny mistrz świata potrzebował kilku minut by usiąść na krześle, kilku minut, by z pomocą bliskich mu osób zdjąć marynarkę. Tuż obok niego siedział Dustin Hoffman, który pomagał Alemu, kiedy ten, natychmiast po wygranym przez córkę przez nokaut pojedynku opuścił Madison Square Garden. Jeszcze długo potem sala skandowała "Ali, Ali", chyba słusznie zapominając o pojedynku córki z wyraźnie nieprzygotowaną rywalką.

PRAWA RĘKA WYSTARCZYŁA NA BROCKA

Jermaine Taylor, Ricardo Williams, Jeff Lacy oraz Rocky Juarez pojechali na igrzyska olimpijskie do Sydney mając nadzieję, że złoty medal olimpijski da im szanse przejścia na zawodostwo i zarobienia milionów dolarów. Z tej czwórki tylko Taylor na dobre zadomowił się w elicie zawodowego boksu. Tylko Taylor i... Calvin Brock, który pojechał do Australii niejako przypadkowo. - Dla mnie to była szansa pokazania się. Nareszcie miałem wrażenie, że zostałem doceniony, choć kiedy przegrałem już w pierwszej walce turnieju olimpijskiego, natychmiast o mnie zapomniano, usłyszałem, że się do niczego nie nadaję. Trzeba było następnych sześciu lat, 29 walk bez porażki i tego, by skończył się mój kontrakt z Main Events, by znowu rozdzwoniły się telefony. Promotorzy nagle zaczęli uważać, że zrobię wielką karierę, że mogę zostać mistrzem świata. Już nieraz słyszałem, że powinienem zapomnieć o boksie i wrócić do pracy w banku - powiedział Brock, który w resume ma także ukończenie wydziału finansów Univesity of North Carolina oraz pracę od 9 do 17 w roli kasjera oddziału Bank of America. - Nie wiem, czy Kliczko mnie nie docenia. Wiem, że dla wielu nawet tych, którzy uważają, że znają się dla boksie nie mam większych szans. Wszystko zmieni się 11 listopada. Właściwie rozpocznie się, bo po wygraniu z Kliczka, zdobędę pozostałe mistrzowskie pasy. Ci którzy dziś na mnie gwiżdżą, będą klaskać - mówił.

Można zrozumieć brzmiące w głosie rozgoryczenie Brocka, choć z drugiej strony nie może być inaczej, jeśli zamiast w Las Vegas czy w Nowym Jorku walczy się w małych miasteczkach stanu Illinois czy Kalifornii. W odróżnieniu od Brocka, którego najtrudniejszy rywal nazywał się Timor Ibragimow, Kliczko twierdzi, że może walczyć z każdym, tylko, że "rywale nie chcą ze mną wyjść na ring, pomimo, że na mnie można najwięcej zarobić". Niekoniecznie jest to prawdą, co udowadnia ostatni przykład Shannona Briggsa, któremu w ostatniej chwili, po przeanalizowaniu wszystkich "za i przeciw" opiekunowie Kliczki powiedzieli "dziękujemy".

Przynajmniej w pierwszej rundzie, te ciosy, które miały być łatwe do rozszyfrowania dla Brocka - lewy, a później prawy dochodziły celu. Brock był bardzo zdenerwowany, w pierwszej minucie nawet przestraszony. Brock, niższy o 12 centymetrów miał problemy z zasięgiem ramion Ukraińca. Druga runda to parę niezłych ciosów na korpus Brocka, natomiast Kliczko wydaje się zaskoczony taktyką natychmiast klinczujacego, kiedy nie trafia, Amerykanina. Runda wyrównana, potwierdzająca, przynajmniej w części, zalety Brocka - jego naprawdę nie jest łatwo trafić.

Trzecia runda rozpoczyna się od ataków i pierwszej kombinacji Brocka - dochodzą dwa z trzech ciosów, a Kliczko, co zawsze było jego słaba stroną, zdecydowanie lepiej czuje się w ataku, niż w obronie. Z tym atakiem też nie jest zresztą najlepiej - pojedyncze ciosy, dosłownie żadnych - przynajmniej do końca czwartej rundy - serii uderzeń Ukraińca. Brock nie robi w ringu dużo, dostając błyskawicznie od kibiców miano "chudszego Ruiza", ale jeśli taktyka klinczowania ma skutkować, to dlaczego nie? Siedzący obok mnie Bert Sugar ze "Sports Illustrated" zastanawia się jak punktować walkę, w której nikt nie zadaje czystych ciosów, sugerując, by może punkty przyznawać... skąpo ubranym paniom noszącym numery kolejnych rund. Pomysł przyjęty zostaje oklaskami.

Piąta runda to nareszcie ciosy Kliczki, jakich się wszyscy spodziewaliśmy - szybkie, soczyste dwa kolejne prawe proste w ostatnich 30 sekundach walki wstrząsają głową Brocka, ale "Bokserski Bankier" kończy rundę w dobrym zdrowiu. W nagrodę słyszy okrzyk z chyba 12 tysięcy gardeł (reszta 15-tysięcznej widowni to Ukraińcy) "USA, USA!", a potem mamy to, czego boksie często nie widujemy - obaj bokserzy leżą na deskach. Nie po ciosach, ale zawsze.

Siódma to znów atak Kliczki, który wyraźnie chce już w tej rundzie zakończyć walkę. Trafia lewy prosty, za nim idzie prawy prosty, później lewy sierpowy i kolejny prawy, po którym Brock już tylko walczy o przetrwanie. Kliczko nie wypuszcza jednak okazji - nokdaun, po którym Brock na chwiejący się nogach wstaje, ale sędzia słusznie nie pozwala mu kontynuowac walki. Koniec pojedynku, a Kliczko po raz kolejny przekonuje o jednym - być może nie jest ideałem boksera wagi ciężkiej, ale nikt nie bije mocniej z prawej ręki.

Przemysław Garczarczyk z Nowego Jorku

Dowiedz się więcej na temat: mistrz świata | Square | ciosy | Kliczko

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje