Artur Szpilka: Daję szansę Kownackiemu, walka z nim nie jest mi do niczego potrzebna

- Daję szansę chłopakowi, który - przynajmniej teoretycznie - na to nie zasłużył. Dla mnie to jest tylko kolejna walka, w której chcę udanie wrócić i to jest moim priorytetem - mówi w pierwszej części rozmowy z Interią Artur Szpilka, pięściarz wagi ciężkiej, który 15 lipca w nowojorskiej hali Nassau Coliseum skrzyżuje rękawice z Adamem Kownackim.

Artur Gac, Interia: Odważne zapowiedzi Adama Kownackiego nie zostawia pan bez odpowiedzi, pisząc m.in. że "ten dzieciak zaczyna mnie najzwyczajniej w świecie wkur...". Co najbardziej irytuje pana w zachowaniu Adama?

Reklama

Artur Szpilka, pięściarz wagi ciężkiej: - Najbardziej wkurza mnie to, że jeszcze z nikim poważnym nie boksował, a gada, że mam słabą szczękę. A już słowa, że nie mam serca do walki, są po prostu śmieszne. Ja wszystko rozumiem, można wiele rzeczy powiedzieć na mój temat, komuś mogę się nie podobać, ktoś inny może mnie nie lubić, ale nikt nie może powiedzieć, że nie mam serca do walki! Jeśli Adam ma w tym cel, to chcę mu powiedzieć, że nie dam się ponieść żadnym emocjom.

Możliwe, że dokładnie taki jest zamiar rodaka.

- Dlatego niech sobie trochę pogada. Chłopak teraz ma swoje pięć minut, więc spoko, niech się wypromuje. Natomiast niech nie zapomina, że już niebawem będzie musiał za te wszystkie słowa odpowiedzieć w ringu. Zobaczymy, ile z tych słów, które wypowiedział, pokaże w walce.

Stwierdzenie o braku serducha boli pana najbardziej?

- Nie w tym rzecz, że mnie to boli i dotyka, tylko jest to kompletnie nieprawdziwe. Różnie bywało, raz mi nie wyszło, ale nikt nie może powiedzieć, że wszedłem do ringu wyłącznie dla pieniędzy. Między linami zawsze zostawiam całego siebie, dlatego nie kalkulowałem, czy wygram, czy przegram przez ciężki nokaut. Po prostu szedłem do przodu i robiłem swoje. Te słowa Adama szczególnie sobie zapamiętam i zobaczymy, kto będzie miał serducho 15 lipca.

Tyle tylko, że do niedawna był pan dokładnie taki sam w swoich wypowiedziach. Też odgrażał się pan wobec rywali, by tylko przypomnieć straszenie Bryanta Jenningsa, że zostanie zbity "na cytrynę", a do Deontaya Wildera krzyczał pan, że będzie leżał na deskach.

- Jedną rzecz musisz zrozumieć: walka z Kownackim tak naprawdę nie jest mi do niczego potrzebna. Już wcześniej dałem mu szansę, choć nie miałem nic do zyskania, ale do walki w pierwszym terminie nie doszło, bo rozbolał go ząbek. Tym najbardziej mnie podrażnił, bo już byłem w trakcie przygotowań i znów wszystko odwlekło się w czasie. Mimo tego wszystkiego, Adam gada pod moim adresem głupoty, a w jego wypowiedziach brakuje logiki. Raz mówi, że jest dla niego za wcześnie na walkę ze mną, by za chwilę stwierdzić, że jest gotowy. Razi mnie taka niespójność.

Ząb zębem, ale za pierwszym razem Kownacki też nie chciał godzić się na kiepskie warunki finansowe.

- Nie wiem, ja nikomu nie wtrącam się do kasy. W każdym razie to ważna rzecz i każdy powinien sobie o to zadbać. Nie zmienia to faktu, że ząbek też mu "wyskoczył".

Początkowo można było odnieść wrażenie, że prywatnie lubi pan Kownackiego.

- Ja chłopaka nie znam, ale widząc go w telewizji, odbierałem go, jako fajnego i sympatycznego gościa. Natomiast po tym, jak zaczął pierd... głupoty, wszystko we mnie zaczyna się kumulować. Dam temu upust 15 lipca.

Powiedział pan, że walka z Kownackim niczego panu nie daje. W porządku, sportowo nie katapultuje pana na wyżyny wagi ciężkiej, ale fakty są takie, że musi pan wrócić do notowań, aby znów być w grze, a do tego przybliży pana zwycięstwo właśnie w takiej walce, jak z Adamem.

- No tak, ale dalej mnie nie rozumiesz. Daję szansę chłopakowi, który - przynajmniej teoretycznie - na to nie zasłużył. O to mi chodzi, tak to wygląda z mojej perspektywy. Inną sprawą jest to, czy zwycięstwo pomoże mojej karierze. Dla mnie to jest tylko kolejna walka, w której chcę udanie wrócić i to jest moim priorytetem. Co jeszcze mam powiedzieć? Uwierzcie, nie mogę doczekać się tego powrotu.

Wierzę, bo od pana poprzedniej walki upłynęło już blisko 18 miesięcy. Mnożyły się dywagacje, co komplikuje pana niedoszłe walki, m.in. z Dominikiem Breazeale’em. Wielu spekulowało, że może chodzić o pana wygórowane oczekiwania finansowe.

- Ale jakie oczekiwania? Wszyscy gadacie takie głupoty, na czele z moim promotorem, że tego nie da się słuchać! Po pierwsze kasa już dawno była dogadana. A teraz, za walkę z Adamem, wcale nie biorę dużo więcej od niego, bo moim celem nadrzędnym jest powrót. Zresztą nie jest ważne, ile wezmę za tę walkę, bo to nie jest nikogo interes. To ja wchodzę do ringu i ja podejmuję ryzyko. Ku..., który menedżer gada, że zawodnik chce za dużo kasy? Tylko tu, w Polsce, wielu upierd.... sobie ten temat. Tak mnie to wkur..., że w głowie się nie mieści.

Słyszę, że jest pan maksymalnie poirytowany.

- Stary, jak się mam nie wkurzać, skoro wielu opowiada głupoty. W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy wydałem tu, w Stanach Zjednoczonych, ponad 92 tysiące dolarów. Przecież to jest masa pieniędzy. Nikt nie popatrzy, jakie ponoszę koszty, tylko wszyscy mówią, ile chcę zarobić i kłapią dziobami. Jeśli wszystko dodasz i odejmiesz, to tak naprawdę wychodzi marny grosz. Po walce z Adamem wyjdę na "zero", a ludzie opowiadają "kocopały". Tym tematem niesamowicie mnie zagotowałeś.

Jeśli w takim stanie wejdzie pan do ringu, to Kownacki będzie w siódmym niebie.

- O to nie ma strachu. Ale czy szefowie KSW opowiadają, że ktoś chce za dużo pieniędzy? Ja tego nie słyszałem, a niektórzy zawodnicy zarabiają po milion złotych, albo i więcej. A u nas? Szkoda gadać.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje