Ali i Foreman zobaczą Gołotę!

W 1949 roku w Chicago, James Norris i Arthur Wirtz, właściciel między innymi Chicago Stadium (dzisiejsze United Center), podpisali umowę założycielską powołującą do życia International Boxing Club (IBC).

Dwa lata później IBC kontrolowało już wszystkie walki i wszystkie największe sale (łącznie z Detroit Stadium i nowojorską Madison Square Garden) w Stanach Zjednoczonych, a firma, której założycielem był ojciec obecnego współorganizatora walk Andrzeja Gołoty, Billa Wirtza, była również promotorem takich sław jak niepowtarzalny Rocky Marciano czy Joe Louis. Nie trzeba więc chyba nikogo przekonywać, że kiedy nadarzyła się okazja porozmawiania z tą legendą amerykańskiego biznesu, odmówić raczej nie wypadało. Zwłaszcza, że jak się później okazało, 73-letni Bill Wirtz miał w zanadrzu prawdziwą sensację....

Reklama

- Jak bardzo musiał pana namawiać Don King, zanim otworzył pan przed nim bramy United Center?

Bill Wirtz: 15 minut - takie interesy są najlepsze. Miałem nadzieję, że Don, którego znam od prawie 40 lat wystąpi do mnie z taką propozycją jakieś 30 lat wcześniej, bo znamy się jak łyse konie, ale decyzja była bardzo łatwa. Emigrant z Polski, który mieszka w Chicago i ma szansę zdobyć w mojej sali mistrzostwo świata. To była jedna z najłatwiejszych decyzji w mojej karierze biznesowej.

- Wiem, że próbował pan swoich sił jako bokser, ale pewna bójka w New Jersey pomogła panu w podjęciu decyzji o zostaniu biznesmenem...

BW: Zanim jeszcze mój ojciec założył IBC, nasza rodzina, ze względu na posiadane sale często organizowała walki bokserskie, bo przynajmniej do końca lat 60-tych nie było w Ameryce sportu bardziej znaczącego i wywołującego większe emocje. Przy okazji, jako 18-letni chłopak, pętałem się po salach, od czasu próbując swoich sił jako amator. Tak się złożyło, że jednego dnia w 1948 roku miałem swoją szafkę w klubie obok miejsca, gdzie przebierał się Rocky Marciano. Robiłem sobie wtedy żarty z pewnego mojego znajomego, nie wiedząc, że to dobry przyjaciel Rocky'ego. Tego samego wieczoru siedziałem w małym barze, kiedy podszedł do barmana Rocky ze swoim bratem Lou i zamówił jedno piwo, po czym... wylał mi je na głowę! Zachowałem spokój, zamówiłem dwa piwa i wylałem je na głowę Rocky'ego i jego brata. Wywiązała się bójka, w której brała udział połowa klientów baru, a skutki uderzeń Rocky'ego nosiłem na głowie przez trzy miesiące. To mi wystarczyło do podjęcia decyzji, a to, że oberwałem w niczym nie zmieniło faktu, że mój ojciec był jego promotorem przez następne 37 walk, a IBC była w USA do 1959 roku promotorem 47 z 51 walk o mistrzostwo świata.

- Kiedy po raz pierwszy skrzyżowały się pana drogi z Donem Kingiem?

BW: Nie pamiętam dokładnie, ale kiedy w 1959 roku Departament Sprawiedliwości doszedł do wniosku, że International Boxing Club jest za duży i praktycznie kontroluje wszystko, co ma związek z boksem łamiąc zasady antymonopolowe, już znałem Dona. Oczywiście, kiedy z mapy sportowej Stanów zniknął IBC, otworzyły się szanse dla mniejszych promotorów i wtedy Don zaczął pokazywać to, z czego znany jest do dziś - że kiedy inni mówią, że coś jest niemożliwe, to Don potrafi to zrobić. Jesteśmy rówieśnikami, wychowaliśmy się w tych samych czasach i pewnie dlatego nie bawimy się w jakieś podchody. Don wie, że ja nie lubię niespodzianek, więc rozmawia nam się szybko, łatwo i przyjemnie.

- Czy pamięta pan, że dokładnie 10 lat temu, kiedy Andrzej Gołota po raz ostatni walczył w Chicago, walczył w należącym do pana hotelu "Bismarck" w centrum miasta?

BW: Nie tylko pamiętam, ale byłem na tej walce z synem Peterem. Pamiętam, że to była ciężka walka (Gołota wygrał na punkty z Marionem Wilsonem - przyp. PG) , ale Polak mi się spodobał, bo był ringowym twardzielem i nie bał się bić. To chyba taka wasza polska cecha - nie przejmujecie się przeciwnościami losu, tylko robicie swoje. Zawsze mi się to podobało, bo to też nasza chicagowska cecha. Andrzej, bo chyba tak się prawidłowo wymawia jego imię, może być bohaterem tego miasta, bo my zawsze kochaliśmy tych, którym nic w życiu nie przychodziło łatwo.

- Jakie są szanse na to, by Chicago powróciło do bokserskie świetności, kiedy walczyli tutaj Rocky Marciano, Jake LaMotta, Jack Dempsey, Tony Zale (Zaleski), Joe Luis czy Primo Carneraś?

BW: Do końca lat 50 to właśnie Chicago było stolicą światowego boksu, sale wypełniały się do ostatniego miejsca, a o przeżytych walkach opowiadano sobie miesiącami. Dlaczego nie ma być tak teraz? Obiecałem Donowi, że na mnie i na United Center może zawsze liczyć. A dlaczego by nie zrobić tutaj walki Kliczko - Gołota? Jedna i druga społeczność jest w Wietrznym Mieście licznie reprezentowana. Tylko, że przy takiej walce nie starczyłoby miejsca dla Amerykanów.

- Zanim rozpoczęliśmy rozmowę, powiedział pan, że kibice, którzy przyjdą 21 maja do United Center będą mieli jeszcze jedną olbrzymią niespodziankę...

BW: Z olbrzymia przyjemnością, wspólnie z Donem chcielibyśmy poinformować, że w 30. rocznicę słynnej "Thrilla in Manila", jednej z najbardziej brutalnych i dramatycznych walk w historii boksu, będziemy mieli w United Center nie tylko głównych bohaterów tamtej nocy, legendarnych Muhammada Ali i Joe Fraziera, ale także innego z wielkich nie tylko tamtych czasów - George'a Foremana. Jak zapewnił mnie Don, jest to pierwszy raz w historii, kiedy ta trójka będzie wspólnie na ringu i prawdziwa gratka nie tylko dla kibiców boksu, ale wszystkich sympatyków sportu.

Dziękuję za rozmowę.

Przemysław Garczarczyk

Dowiedz się więcej na temat: International | gołota | ojciec | united | Chicago

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama