Złoto Rogowskiej - to był wypadek

"To był wypadek przy pracy" - tak określił zwycięstwo Anny Rogowskiej i porażkę Jeleny Isinbajewej w finałowym konkursie skoku o tyczce lekkoatletycznych mistrzostw świata w Berlinie trener i mąż zawodniczki SKLA Sopot Jacek Torliński.

We wtorek wieczorem jego żona - w towarzystwie Moniki Pyrek i Amerykanki Chelsea Johnson - stanęła na najwyższym stopniu podium.

Reklama

"Ten sezon nie jest najmocniejszy dla Rosjanki, ale to ona jest rekordzistką świata i jedyną osobą, która do tej pory skoczyła pięć metrów. Na pewno jeszcze trochę potrwa zanim następna zawodniczka uzyska taki wynik. Mam nadzieję, że jedną z nich będzie Ania" - powiedział Torliński.

Rogowska pokonała carycę kobiecej tyczki Isinbajewę, która na Stadionie Olimpijskim w stolicy Niemiec wszystkie próby spaliła. Polka w pierwszym podejściu pokonała 4,75.

"Ten konkurs pokazał, że nie ma ludzi, z którymi nie da się wygrać. Jelena nie jest maszyną, jest to normalną osoba, którą można pokonać" - dodał.

Po raz pierwszy myśl o tym, że Rogowska ma szansę, by nie tylko powalczyć w Berlinie o medal, ale by stanąć na najwyższym stopniu podium pojawił się po mityngu Super Grand Prix w Londynie (24 lipca), gdzie Polka wygrała z mistrzynią olimpijską.

"To był taki moment, w którym przekonałem się o tym, że ona jest do pokonania. Potem utwierdziłem się w tym po mistrzostwach Polski w Bydgoszczy (2 sierpnia - przyp.red). Wtedy Ania uzyskała rezultat 4,80 i wyglądała naprawdę dobrze. Technika zaczęła się stabilizować i z dnia na dzień było lepiej" - ocenił.

Na dwa dni przed eliminacjami pojawiły się jednak wątpliwości, a wszystko za sprawą nieszczęśliwego wypadku na treningu. Rogowska skręciła staw skokowy i na godzinę przed startem kwalifikacji nie było wiadomo, czy uda się jej przystąpić do rywalizacji.

"Dopiero po pierwszym okrążeniu truchtu w czasie rozgrzewki, jak pokazała mi, że jest ok, całe napięcie zaczęło ze mnie schodzić i wiedziałem, że musi być dobrze" - przyznał.

Największym sukcesem 28-letniej zawodniczki był do tej pory brązowy medal igrzysk olimpijskich w Atenach. Potem nastały lata, w których Rogowska częściej walczyła z kontuzjami niż skupiała się na treningach.

"Sport ma to do siebie, że raz są lepsze, a raz gorsze dni. Jeśli nie będzie się w stanie przetrwać tych złych momentów, to nie będzie tych dobrych. Życie nie jest usłane tylko różami i nie wszystko wychodzi tak, jak się zaplanowało" - tłumaczył Torliński.

Szczególnie trudny, według trenera, był zeszły sezon, kiedy rodowita gdynianka zajęła 10. miejsce w pekińskich igrzyskach. "Byliśmy pewni, że Anię stać na znacznie więcej niż pokazała i pozostał niedosyt".

Niepowodzenia zmusiły ich do szukania innych rozwiązań. Pomoc znaleźli w Leverkusen u Leszka Klimki.

"Jemu należą się szczególne podziękowania. To wyśmienity facet. Gdyby nie on to na pewno by tego sukcesu nie było. Dał nam nową motywację do pracy, dobrą radę i zapewnił świetne warunki treningowe. Wszystko, co było nam potrzebne, by dopiąć całą rzecz do końca" - zaznaczył Torliński i dodał, że ma nadzieję, iż ta współpraca będzie trwała nadal.

CZYTAJ TEŻ:

Znowu gafa! "Brąz dla Moniki Pyrek"!

Niemcy: Rogowska nie umie się cieszyć!

Rosjanie Rogowską pomylili z ... Radwańską!

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: wypadek | Berlin | sport | pyrek | złoto | złoto

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje