Zarzeczny: Żarło, żarło i zdechło

Nie trzeba było czekać do końca meczu w Krakowie, żeby zobaczyć koniec Zielińskiego. Nie koniec człowieka, nie koniec trenera, ale koniec złudnej wiary w to, że wyniki może robić atmosfera.

Że wystarczy wejść do szatni, poklepać chłopaków, porozmawiać, huknąć parę wzniosłych haseł i kilka zaklęć, a każdy mecz wygrywać się będzie po 3:0. Otóż nie wystarczy, bo inni też znają takie bajery - a żaden kit nie zastąpi umiejętności. Tymczasem starczyło dziś spojrzeć na radośnie grającą obronę Legii by dojść do wniosku, że nie wytrzymałaby ona nawet naporu przedszkolaków chorych na krzywicę.

Reklama

Dobrze się stało, bo ani Legii, ani Wisły nie wolno budować hasłami, bo na kwartet dwóch Bronków, Szali i Dicka nie zadziałałby w piątkowy wieczór nawet Kaszpirowski. Czas spojrzeć prawdzie w oczy - można szkolić, szukać dyrektorow sportowych i robić ich nawet wiceprezesami (jak Trzeciaka, którego niesie zadziwiająca fala, zważywszy na kompletny brak dokonań), ale grają piłkarze. Jak są slabi, to wyniki są slabe. Jak kosztują miliony, jest chociaż szansa że zagrają dla milionów.

A Wisły też mi szkoda - tak jak nie zawróci się Wisły kijem, tak nie zawróci się gadaniem, a tym bardziej jednym meczem... Nawet z Legią.

Paweł Zarzeczny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje