Zarzeczny: Stirlitz kontra Macierewicz

Stirlitz wylądował w centrum Warszawy na spadochronie. Miał już 113 lat, ale nikt z Centrali dotąd go nie odwoływał. Służył więc dalej Związkowi Radzieckiemu. Na ogół dla zmylenia wroga udawał starego dziada - i przez te wszystkie lata nikt go nie rozpoznał.

Raz tylko bliski był wpadki - gdy przypadkowo napotkany polski prezydent, wytrawny polityk z Wybrzeża spojrzał mu wnikliwie w oczy i rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu: spieprzaj dziadu! Stirlitz spieprzył w podskokach.

Reklama

Ale ostatnio do domu starców przyszedł list z Paragwaju. Nadawcą był stary druh Bormann, znany agent sowiecko-niemiecki. Treść była krótka: "Standarterfuehrer Stirlitz! Wielka wsypa w Warszawie. Macierewicz rozbija całą naszą siatkę, wyłapuje agentów, a raport z ich nazwiskami wysłał już do premiera. Raport przechwycić, Macierewicza skompromitować!" - kończył pismo człowiek, który od 62 lat już nie żył.

Stirlitz miał nosa, więc szybko odgadnął, gdzie może cuchnąć najbardziej. Zaczął od przeglądania śmietników. Nie pomylił się. Z kosza na śmiecie tuż obok kancelarii premiera wygrzebał opasły tom. Na pierwszej stronie był napis: "Raport o likwidacji WSI. Ściśle tajne. Chronić przed hitlerowskimi i sowieckimi agentami, szczególnie przed Klossem i Stirlitzem!". Poznał ten charakter pisma. To znów ten Macierewicz! Tak, ten sam Antoni Antonowicz, który zlikwidował Związek Radziecki nie wychodząc nawet z domu - pomyślał z trwogą Stirlitz, kurczowo ściskając szelki od spadochronu. Ktoś do niego strzelał. Pewnie dlatego, że wciąż chodził w mundurze standartenfuehrera. Ale to właśnie to przebranie zawsze zapewniało mu w Berlinie bezpieczeństwo, nawet w czasach hitlerowskiej okupacji. Więc niezrażony czytał dalej. Zawsze mogę powiedzieć, że czekam na Leppera, on przecież ma różnych kumpli - uśmiechnął się Stirlitz pod nieistniejącym wąsem.

Już pierwsza strona lektury była porażająca. "Stwierdzam, że najgroźniejszymi wykrytymi przeze mnie sowieckimi agentami działającymi w Polsce są Stirlitz i Hans Kloss. Działają ulubioną metodą tamtejszej razwiedki, mianowicie przez telewizję, co obiecałem udowodnić. Na ślady ich istnienia natrafiamy co kilka lat. Ponieważ do tej pory nie mieliśmy sygnałów o ich śmierci - należy przypuszczać, że wciąż żyją. Prawdopodobnie w jednym z domów starców na terenie byłej NRD. Stuprocentowo nie zarzucili agenturalnej działalności, o czym świadczą bardzo liczne ślady szkodnictwa w polskim życiu". Przebiegły ten Antoni Antonowicz, warto by i jego zwerbować, pomyślał Stirlitz, i czytał dalej...

"Te ślady szkodnictwa to na przykład branie łapówek przez lekarzy czy dolewanie wody do paliwa, klasyczny sowiecki sabotaż, oraz rozwiązłość obyczajowa i pijaństwo, znane sowieckie wzory. Ale najgorsze jest infiltrowanie polskiego wojska. Odkryłem że ministerstwo obrony na Klonowej sąsiadowało przez płot z radziecką ambasadą przy Belwederskiej przez dziesiątki lat. Do tej pory nie odkryłem wprawdzie podziemnych przejść, ale sympatie kadry dowódczej są oczywiste. Porusza się ona po mieście wyłącznie czerwonymi autobusami...".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje