Zarzeczny: Pierwszy dzień wolności

Pierwszy dzień bez Listkiewicza mija spokojnie. Nie ma ludzi niezastąpionych.

W Warszawie nie widać demonstracji zwolenników dawnego reżimu (może dlatego, że nawet żona pana Michała była przeciw tej prezesurze), a i przeciwników nowego reżimu też jakby brak. Wiadomo, że władza przepływa w stronę Zbigniewa B., no i Polsatu, z którego wywodzi się pan Rusko, nowy kurator (a w tym roku kolejny wielki przetarg na prawa telewizyjne do polskiej ligi, Canal+ i TVN już mają problem). A wszystko to przez Wita.Ż. (obowiązkowy skrót w wypadku jego nazwiska przypomina mi zresztą starą historię samochodową, jak to wypadek w swoim porsche carrera miała "znana piosenkarka Maryla R.").

Reklama

W ogóle piątek był dla naszego sportu dniem wywrotek. Weźmy rajd do Dakaru - Dąbrowski zabłądził i stracił półtorej godziny, Czachor przewrócił się na bok i wyleciał w powietrze (lub na odwrót), a Hołowczyc upadł na dach i zwichnął trzy żebra (za dużo panie czipsów w pokarmie, a za mało białego sera!). Na szczęście wszyscy jeszcze żyją. I tylko patrzeć jak Adam spadnie wieczorem na bulę, niezła i sobota nam się kroi.

Na szczęście w tygodniu było ciut weselej. Żurawski podał do sądu własnego sponsora, a wsparł go Kosowski. Ten ostatni lubi się zresztą procesować, w końcu jakiś rok temu pozwał nawet klub Kaiserslautern, ten sam który go karmił i pozwolił wyjść z długów. A Matusiak, ten piłkarz bez nazwiska, wciąż wojuje z zagranicznymi klubami za pośrednictwem polskich gazet. Tylko w ciągu paru ostatnich dni wyczytałem, że nie będzie się nigdzie sprawdzać, bo ma już przecież pięć meczów w kadrze (i chyba dosyć na razie, bo kadra zawieszona będzie), a po wtóre nigdzie nie wyruszy, zanim nie nauczy się języka. No, znaczy się potrwa to jakieś kilka do kilkunastu lat, bo nasze grajki, z szacunkiem dla napastnika GKS BOT (brzmi to jak PSG, nieprawdaż?), to nie są orły ani na boisku, ani w szkolnych ławkach. Nie trzeba się oczywiście z tego powodu biczować i na przykład z radością się dowiedziałem, że w Realu Madryt jest tak samo. Wedle prezesa Calderona ma on do czynienia z bandą głupców, naciągaczy, prostaków, leni i cwaniaków. I nawet jeśli prezesuńcio potem przeprosił, no to każdy wie iż rzekł prawdę, prawdę i tylko prawdę. A że wielcy piłkarze to kretyni? Cóż, nie za to przecież ich kochamy.

Co nowego jeszcze? Ponoć Wisełka może wrócić do pucharów, Smolarek na ławkę (ten z kolei zaprotestował, że zarabia rocznie tylko 800 tysięcy euro, też bym się zajeżył!), no a Dudek wraca na kontynent. Z tym ostatnim nazwiskiem wiążą się poniekąd losy ostatniego półwiecza w Polsce. Najpierw był bowiem Kabaret Dudek (z Dziewońskim), potem Jerzy Dudek (z Ligą Mistrzów), a teraz jest Antoni Dudek (z IPN). Do tego ostatniego wybierają się ponoć Jan Maria i ten Listkiewicz. Obaj starać się mają o status pokrzywdzonych...

Taka jest moda zresztą. Na przykład wszyscy wykryci niedawno agenci SB (choćby pan Wielgus, Hejmo, Wołoszański czy ten ksiądz z Wawelu, bodaj Bielański) też nie dość że ciężko skrzywdzeni przez media, to sami nie skrzywdzili absolutnie nikogo! Przypomina mi to historię ze Szwejka, a mianowicie jedną z jego pierwszych opowieści:

"A ilu to niewinnych ludzi zostało skazanych? I nie tylko w wojsku, ale i przez inne sądy. Pamiętam, że raz jedna kobieta została skazana za to, że udusiła swoje nowo narodzone bliźnięta. Chociaż przysięgała, że nie mogła udusić bliźniąt, bo urodziła się jej tylko jedna dziewczynka, którą udało się udusić całkiem bez bólu...".

No, to zupełnie jak Listkiewicza.

Paweł Zarzeczny

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Dudek | dzień wolności | pierwszy dzień

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL