Zarzeczny: Co robić z wariatami

33 ofiary w Wirginii to skutek wariactwa. A wariaci są wszędzie.

Zazwyczaj po takich tragediach mówi się, że w Ameryce zbyt łatwy jest dostęp do broni palnej. To oczywiście tylko przypuszczenie, bo nikt nie jest w stanie wyliczyć, ile razy właśnie posiadanie broni przez obywateli rozmaitym przestępstwom zapobiega. Ale nie w ograniczeniach problem.

Reklama

W Polsce, gdzie o broń niezwykle trudno, strażnik więzienny zabił niedawno trzech policjantów, a gangster (z pozwoleniem) - też trzy osoby. Bez broni palnej również mamy ofiary - tydzień temu dożywocie dla chłopaka, który swą dziewczynę zabił nożem. Zresztą zabić można wszystkim, nawet ręką.

Przykład z Wirginii o tyle może skłonić do myślenia, że skoro przybywa na świecie ludzi, no to statystycznie przybywa i szaleńców.

Właściwie nie jest możliwe odizolowanie wariatów od społeczeństwa, a psychologowie nie są nawet zgodni, jakie cechy decydują o niepoczytalności. Bo można być agresywnym z usposobienia, ale posiadać hamulce, lub też być nadzwyczaj spokojnym i niczym nie wyróżniającym się człowiekiem, w którym budzi się nagle bestia. Trudne dzieciństwo? Podświadomość? Stres? Albo jakaś jeszcze nieodnaleziona szara komórka znacząca seryjnych morderców bądź osobników skłonnych do terroru? Kto oczywiście dokonałby takiego odkrycia - zapewne życie nasze uczyniłby szczęśliwszym. Ale wszyscy dyktatorzy ubierający psycholi w kaftany bezpieczeństwa (Hitler, Stalin) źle kończyli. Bo pokusą urzędujących władz było uznanie za wariata każdego, kto tylko pomyślał inaczej. Bo czy możliwe - myślał sobie Ziutek Słoneczko, żeby normalny człowiek nie kochał życia w Związku Radzieckim? Hitler z kolei wierzył w fatalną dziedziczność - że wariat nie może mieć zdrowych dzieci. Otóż może, tak jak normalny człowiek może mieć dziecko oszalałe. Bardzo to skomplikowana kwestia.

Nie ma statystyk, ilu szaleńców żyje w każdej populacji, bo jest to niewykrywalne, nawet po najdoskonalszych testach. Z potocznych obserwacji widać jedynie, że oszołomstwo zdarza się w każdej klasie, firmie, partii, zawodzie, płci. Że ludzie - nie mając ŻADNYCH skutecznych sposobów eliminowania wariatów - po prostu starają się ich unikać, spychając tym samym w głębszą izolację, w większy stres i pełniejsze poczucie krzywdy. No a doznaną bądź odczuwaną krzywdę niejeden wariat chciałby kiedyś wyrównać. I nie każdemu wystarczy wrzask lub trzaśnięcie drzwiami.

Co więc zrobić z wariatami? Iść na rzeź, jak studenci z Wirginii? A może uznać, że nie każda istota ludzka na chodzenie po ulicach zasługuje i że może taki Stalin miał rację rozbudowując szpitale psychiatryczne?

Kiedyś studiowałem nawet etykę. Wiele nie zapamiętałem, bo etyka, jak wiadomo, składa się głównie z postulatów, ogólników i pobożnych życzeń w rodzaju kantowskiego imperatywu (a etyczny konkret to zazwyczaj pytanie, jak zachowasz się po znalezieniu cudzego portfela z forsą - oczywiście oddasz, ihahahaha!). Otóż etyka uczy głównie dobroci i szacunku wobec innych istot (choć jak wiadomo filozofowie starożytności nie uznawali wszystkich ludzkich istot za sobie równe i na równi zasługujące na szacunek). Rodzi się jednak pytanie - a może etyka błądzi? Może nie trzeba być dobrym dla wszystkich? Może nie każdy na życie zasługuje? Może trzeba przywrócić karę śmierci i wieszać od razu na głównym placu? Może eutanazją obejmować wszystkich nieuleczalnie chorych, a zatem i wariatów?

Mnie wariaci męczą, oni sami siebie meczą, dlatego nawet nie chciałbym pisać, jaki jest mój pogląd w tej sprawie - bo jest dość brutalny. Zwłaszcza po takich tragediach, jak ta z Wirginii.

Z wariatami nam naprawdę nie po drodze.

Paweł Zarzeczny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje