Zarzeczny: Chleba i igrzysk

No i stało się. Telewizja Polska podała, że PZPN odzyskał zaufanie.

Rzekł to wprawdzie nasz gość, szef międzynarodowej federacji piłkarskiej pan Blatter, ale za to w prezydenckim pałacu, goszczony przez prezydenta RP. Po czym po chwili wycałował się na "Misia" z "Misiem" Listkiewiczem.

Reklama

W ten oto sposób dowiedzieliśmy się przynajmniej trzech rzeczy:

1. Jurysdykcja polskich władz nie obowiązuje już nawet w Polsce, skoro to zagranica decyduje, co robić w sprawie futbolu albo choćby obwodnic pod litewska granicą czy rozmiarów ogórka;

2. FIFA, zorganizowana na wzór mafijny, nie sprzedaje swoich rezydentów, nawet skompromitowanych, w czym skuteczniejsza jest nawet od Watykanu - ten pozbył się ostatnio aż dwóch wysokich namiestników, jednego za współpracę z inną organizacją, drugiego za ślub z kobietą;

3. Prawo i Sprawiedliwość, które wygrało wybory pod hasłami radykalnej przebudowy kraju, w dziedzinie futbolowej okazało daleko idącą wyrozumiałość. Jest to zrozumiałe w wypadku prezydenta, który jako prezydent wszystkich Polaków winien dbać o ich interesy - a tym interesem są sportowe igrzyska (i gra piłkarzy w EURO), bo chleb chwilowo w sklepach jest. Natomiast rząd, w osobie ministra sportu okazał się w tej kwestii miękki jak wosk. Ale i w szaleństwie jest metoda - może chodzi o to, by wciąż istniała w Polsce jakaś mniej lubiana organizacja i osoba od... (tu wpisać sobie proszę dowolne nazwisko i firmę - na pewno PZPN z Listkiewiczem nie przebije).

Z tym Listkiewiczem zresztą ciekawa historia, bo skoro wygrał z rządem może i kiedyś liderując lewicy będzie wspominany jak ten Drzymała, co to w cyrkowym wozie przetrzymał niemieckiego cesarza. Nic mnie zresztą nie zdziwi, nawet to, że Listkiewicz wystartuje teraz w kolejnych wyborach i wygra, a wiceprezesem zostanie popularny Wit Ż. - ten na wszelki szuka już kontaktów w Komitecie Helsińskim, bo wprawdzie sprzedał mecz, ale tylko jeden, a teraz prześladowany jest za przekonania, no i za niezłomność w tych 9999 pozostałych meczach.

Ha, co wolno było prezydentowi to nie mnie (dawniej mawiano - co wolno wojewodzie to nie tobie, smrodzie), zatem w Polsce zwycięża dziś duch kompromisu - niech się ludziska cieszą, choć mam wrażenie, że nie cieszą się wcale. Jak i ja, bo kiedy przyprowadziłem Listkiewicza (i Beenhakkera) do poprzedniej swej firmy, wyrażając tym humanitarno-spontaniczne podejście do świata sportu jak pan prezydent i zbliżoną wolę kompromisu - natychmiast dostałem ze szpica, podobno za wspieranie reakcji. I nie zdziwiło mnie to wcale. Polska to kraj - zachowując odpowiednie proporcje - w którym Armię Krajową oskarżano i skazywano za współpracę z Hitlerem, choć trudno było o bardziej absurdalną brednię.

Więc właściwie u nas może zdarzyć się wszystko. I czas się po prostu przyzwyczaić.

Paweł Zarzeczny

Dowiedz się więcej na temat: PZPN | igrzyska olimpijskie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje