Wywiad z Sebastianem Janikowskim: Kicker z Wałbrzycha

Sebastian Janikowski, kicker Oakland Raiders - nasz "jedynak" w National Football League udanie prezentuje się w swoim debiutanckim sezonie. Na dodatek jego klub wywalczył sobie już awans do playoffs i wcale nie wykluczone, że Seba zobaczymy w Superbowl w Tampa Bay na Florydzie.

INTERIA.PL:- Wróćmy na chwilę do Polski. Radziłeś sobie znakomicie, grając w piłkę nożną. Przypomnij nam gdzie i jak grałeś?

Reklama

- Zacząłem grać w GKS Wałbrzych, później zmienili to na KP Wałbrzych, to właśnie tam zaczynałem przygodę z piłką. Wcześniej grałem na podwórku, ojciec był piłkarzem, więc starałem się, jak mogłem, aby mu nie przynieść wstydu.

- Czy pamiętasz kto był pierwszym twoim trenerem?

- Tak, powiedziałbym, że Zbigniew Górecki, który zresztą mieszkał koło mnie.

- Pamiętasz jeszcze jakichś kolegów z boiska z tamtych czasów?

- Pamiętam Marcina Goreckiego, syna mojego trenera. Mieliśmy zacięcie do treningów, zawsze zostawaliśmy po treningach, ćwiczyliśmy poza boiskiem. Codziennie biegaliśmy z piłką za domem, chyba nigdy tych chwil nie zapomnę. Wspominam również Piotrka Wlodarczyka, który mieszkał po sąsiedzku. Twarze i imiona wielu moich ówczesnych kolegów pamiętam, jednak trudno mi dziś po latach operować nazwiskami.

- Kto oprócz ciebie jest najbardziej znany z twojej byłej drużyny?

- Chyba najbardziej to Piotrek Włodarczyk, grający obecnie w Śląsku Wrocław.

- Kto jest dla ciebie największym autorytetem?

- Zawsze był i będzie nim mój tata. Dziś ze łzami w oczach wspominam, gdy będąc małym chłopcem, uciekałem z domu, aby zobaczyć mecze, w których grał mój ojciec w barwach Stali Mielec. Sąsiadka, która w Mielcu mnie pilnowała, nie była w stanie zapobiec moim ucieczkom z domu na stadion. Tak bardzo chciałem oglądać tatę w akcji, że wymanewrowanie sąsiadki nie stanowiło dla mnie przeszkody. Zawsze chciałem być, tak jak ojciec, piłkarzem.

- Gdy grałeś jeszcze w Wałbrzychu, kto ze sportowców był wówczas twoim idolem?

- To, niestety, nie był Polak. Grający wtedy w AC Milan, Holender Marco van Basten był dla mnie wielkim przykładem, imponowały mi jego umiejętności, podziwiałem te jego strzały głową.

- Kogo byś wskazał jako idola dzisiaj?

- To Michael Jordan, zawsze go lubiłem, nawet moja mama może coś na ten temat powiedzieć.

- Gdy w Polsce większość Polaków wybierać się będzie na Pasterkę, ty w obecności ponad 50 000 widzów, wykopem z 30-tego jarda dasz sygnał do ataku Raidersom?

- Tu jest inaczej. Świąt Bożego Narodzenia nie obchodzi się tu z takimi tradycjami jak w Polsce. W Polsce (wyraźne wzruszenie Sebastiana) zawsze chodziłem na Pasterkę z mamą. W tym zwariowanym dla mnie roku, jak wiele innych rzeczy dla mnie, zdarzy się po raz pierwszy, również to, że w Wigilię będę musiał grać.

- W przypadku wygranej zapewniacie sobie wolnego Sylwestra?

- Ha, ha, ha . Zabrzmiało dobrze - wolny Sylwester. Zapewne cos wymyślimy, Shane będzie tutaj, przyjeżdża jego brat, zostaje również mój drugi, Josh. Najprawdopodobniej zostaniemy w domu.

- Dziś po 15 meczach wiadomo już, że zagracie w playoffs. Zgodnie ze słowami trenera Jona Grudena, jesteś istotną częścią drużyny. Jak ty sam oceniasz swój udział w sukcesie zespołu?

- Bardzo miło jest usłyszeć coś takiego o sobie, szczególnie od takiego coacha jakim jest Jon Gruden. Co do mojego udziału, czuję że wygrałem co najmniej trzy mecze, ale zdaję sobie również sprawę, że na ten wynik pracowała cała drużyna. Osiągnęliśmy wiele dotychczas, ale pamiętamy, że mamy możliwości, szansę na dużo więcej. Nie chcę zapeszać.

- Trener Gruden w trudnych momentach nie przestawał wierzyć w ciebie, nawet po fali krytyki ze strony prasy. Gdy nie trafiałeś, dziennikarze ostro go atakowali, że jego pupil nie trafia. Jak odbiło się to na waszych stosunkach?

- Trener Gruden, jest facetem, który cierpliwie rozmawia z prasa, ale nie przejmuje się zupełnie krytyką. Wyprowadzając drużynę na boisko, chce wygrać i na tym się skupia. Wierz mi, on potrafi przekazać wolę wygranej . Jeżeli kopię na fieldgoal i nie trafiam, nie ma to dla niego wielkiego znaczenia. Wiem, że za chwilę znów da mi szansę rehabilitacji. Dzięki temu niepowodzenia nas mobilizują, a nie deprymują.

- Czy po nieudanych występach mieliście rozmowy w cztery oczy z Jonem Grudenem?

- Tak, było nawet kilka takich rozmów. Byłem nawet u coacha Grudena w biurze na "dywaniku". Trener zawsze śmiesznie do mnie przemawia. Na przykład mówi do mnie - nie martw się za bardzo, naprawisz to, co zepsułeś, kopiąc następne fieldgoals. Przyznaję, że jest to zdrowe podejście, które bardzo pomaga mi w moim pierwszym sezonie w NFL.

- Zawodnicy z pola mają zawsze szanse na naprawienie błędów. Przed tobą odpowiedzialność jest ogromna, ponieważ gdy nie trafisz, to nie dość, że nie zdobywacie punktów, to jeszcze dajecie szansę na kontrę przeciwnikowi?

- Gdy nie trafię, popełniam wielki błąd. Teraz już uodporniłem się na stres, pomogła mi w tym gra we Florida State. Tam, przyznaję, że na początku nie bardzo wiedziałem, co robić w trudnych momentach. Wyobrażasz sobie kilkadziesiąt tysięcy wyjących gardeł, 40-50 jardów. Wszyscy czekają, że trafię, a na środku boiska w centrum uwagi wszystkich nastolatek, ja, jeszcze nie tak dawno ganiający po podwórkach Wałbrzycha. Momentami sam w to wszystko nie mogłem uwierzyć.

- Jak to się stało, że trafiłeś do futbolu amerykańskiego?

- Gdy chodziłem na Florydzie do szkoły, graliśmy w piłkę. Koledzy zauważyli, że mam "kopa". Zachwyceni siłą moich uderzeń, powiedzieli mi, żebym poszedł z nimi na trening futbolu amerykańskiego. Na początku nawet opierałem się trochę, pełen obaw, czy będę umiał to zrobić. Lubiłem przebywać z kolegami, więc dałem się namówić. Na treningu, pamiętam, kopnąłem kilka razy, po czym dowiedziałem się od trenera, że jestem członkiem drużyny. Później przeszedłem do Florida State.

- Czy w momencie nawiązywania współpracy z agentem Paulem Healy, zdawałeś sobie sprawę z wysokości kontraktu jaki Ci wynegocjuje?

- Nie, myślałem może, że będzie dobrze, jak zostanę wybrany w pierwszej rundzie draftu do NFL co najwyżej trzydziesty. Było dużo lepiej, "poszedłem" w pierwszej rundzie siedemnasty i to było dla mnie sukcesem. Ponieważ czym wcześniej biorą zawodnika, tym większe pieniądze muszą mu zaoferować. Mój agent zrobił świetną robotę. Z wszystkich kopaczy w lidze NFL dostałem najwyższy bonus (dwa miliony dolarów - przyp. red.)

- W momencie podpisywania umowy z agentem, marzyłeś o takim kontrakcie?

- Nie, wtedy jeszcze do końca nie wiedziałem, co agent może dla mnie zrobić. Podchodziło do mnie wielu agentów, oferowali domy, samochody itp. Paul przyszedł i powiedział: - Zrobię, co będę mógł, abyś był bogaty i rozwijał swoją karierę, no i podpisałem umowę z nim.

- Jaka była twoja reakcja, gdy dowiedziałeś się, że zostałeś milionerem?

- Docierało to do mnie jakieś 2-3 tygodnie. Miałem już pieniądze w banku, mogłem iść cos kupić, jeśli bym chciał, ale nawet wtedy jeszcze do końca nie mogło to do mnie dotrzeć. Dopiero po jakimś miesiącu wiedziałem, że to wszystko prawda i zacząłem korzystać.

- Czy pamiętasz pierwszy wieczór, gdy dowiedziałeś się od Paula o wysokości swojego wynagrodzenia?

- Dowiedziałem się od razu w Daytonie, ponieważ byłem cały czas z Paulem. Draft to wielkie show telewizyjne z setkami kamer. Emocje były ogromne. Byliśmy na wielkim przyjęciu z okazji draftu. Wówczas Paul powiedział, że dzwonili z Oakland Raiders wcześniej, ale dał im kontrę i czekamy na telefon. Kilka chwil później pod numerem 17 na wielkim ekranie zobaczyłem napis - JANIKOWSKI - z kreską Oakland Raiders. Oznaczało to, że przyjęli oni nasze warunki. Z emocji nie wiedziałem jak mam się zachować. Wtedy nawet nie wiedziałem, gdzie jest Oakland. Przez myśl mi nie przeszło, że w Kalifornii. Myślałem, że jest gdzieś na północy, ale nie aż tam. Przyjechałem tu i byłem zaskoczony gorącym przyjęciem.

- Jak świętowałeś ten dzień?

- Z radości zacząłem płakać, nerwy mi puściły. Wybiegłem z sali, pobiegłem na pusty kort tenisowy, lal deszcz, była burza. Usiadłem na środku tego kortu i ze szczęścia płakałem jak bóbr. Nie wszyscy to będą potrafili zrozumieć, ale siedząc tam na tym korcie myślałem o całym swoim życiu, drodze jaką przeszedłem z Wałbrzycha. Pamiętam, myślałem o mojej mamie w Polsce, dzieciństwie. Wszystko to nie mieściło mi się w głowie. To był niesamowity moment. Nagle po jakichś 30-40 sekundach piorun uderzył w drzewo. Połamane gałęzie spadły kilka metrów ode mnie. Chwilę później podszedł mój tata i wyściskał mnie.

Pamiętam, że później podawałem przez telefon jakiejś kobiecie swoje dane potrzebne do sporządzenia kontraktu.

- Z kim najpierw podzieliłeś się wiadomością o wysokości kontraktu?

- Zadzwoniłem do mamy. Zdjęcie przedstawiające mnie dzwoniącego do mamy ukazało się nazajutrz w gazetach. Chciałem jej powiedzieć, że gram zawodowo w futbol, że nasze życie zmieni się bardzo po tym kontrakcie, ale... - Sebastian wyraźnie się wzruszył, chowa twarz w dłoniach.

- Co powiedziałeś mamie w pierwszych słowach?

- Byłem tak zapłakany i podekscytowany ze szczęścia, że nie dałem rady z siebie wykrztusić słowa. To było niewiarygodne uczucie. Wszystko to działo się tak szybko, łzy radości lały się jak z kranu. Nie mogłem panować nad głosem. Na szczęście ojciec był w pobliżu i to on powiedział mamie pierwszy. Wszystko to za dużo dla mnie jak na jeden wieczór.

- Jak sobie radzisz z popularnością?

- Radzę sobie, jest to miłe. Publiczność kocha nas za to co robimy, gdy gramy u siebie doping mamy fantastyczny, atmosfera jest wspaniała. Wiesz, bo byłeś na płycie boiska podczas meczu.

- Z kim z drużyny przyjaźnisz się, kogo lubisz najbardziej?

- Wszystkich bardzo lubię. Najbliżej, oczywiście, jestem z Shanem Lechlerem i Joshem Tawesem, bo mieszkamy razem. Blisko jestem tez z naszym rozgrywającym, Richem Gannonem, to wielka postać.

- Kto jest najweselszy w drużynie?

- Dużo ludzi u nas jest wesołych. Ze względu na ich budowę fizyczną, to największy ubaw mamy z formacji obronnej. W dowcipach wybija się Charlie Woodson. Wspomniany wcześniej Gannon też jest fajny, ma wielkie poczucie humoru.

- Jak ocenisz swoje pierwsze kilkanaście występów w NFL?

- Dobrze i niedobrze. Na początku miałem problemy. Nie trafiałem, ponieważ zbyt szybko, nerwowo podchodziłem do piłki. Później, po szczegółowej analizie, wspólnych treningach z Shanem, który ustawia mi piłkę, dopracowaliśmy szczegóły.

- Czy jedną z przyczyn niepowodzeń na początku sezonu, było zgranie z trzymaczem Shanem?

- Myślę, że była to jedna z przyczyn. Na pewno nie jedyna, ale zgranie między nami miało wpływ na skuteczność. Podchodziłem zbyt szybko do piłki, nie zostawiając Shanowi ułamków sekundy na dokładne ustawienie piłki.

- Świetnie radzisz sobie ze stresem. Po nieudanym meczu w San Francisco, już tydzień później, mimo fali krytyki w prasie, z Kansas City wracałeś jako bohater. Zamknąłeś tam usta malkontentom. Powiedz, co czułeś, podchodząc do piłki na sekundy przed końcem, aby wykonać zwycięski strzał?

- W momencie podejścia wiedziałem, że cała nasza drużyna liczy na mnie. Czułem na sobie ich wzrok. Musiałem zapomnieć koszmar z San Francisco, o którym wiele wcześniej rozmyślałem. Widząc spocone czoła obrońców, wiedziałem, że nie mogę im tego zrobić i muszę trafić. Pamiętam te 70 000 widzów, próbujących mi przeszkodzić jak się tylko da. Czułem, jakbym miał coś na plecach. W takim momencie wyłączam się zupełnie, nie myślę o niczym. Koncentruję się nad uderzeniem piłki, wpajając sobie, że musi wpaść między słupki.

- Napisałem wówczas, że po tym strzale byłeś najszczęśliwszą osobą na stadionie, ale triumfalny gest trenera Jona Grudena był bardzo wymowny. Co powiedział ci po tym meczu?

- To była piękna chwila. Rozmawialiśmy krótko. Poklepał mnie po plecach.

Wiedziałem, że wszędzie, gdzie mnie krytykowano, coach Gruden stawał w mojej obronie murem. Bardzo chciałem mu coś za to dać. Jak dziecko cieszyłem się, oglądając potem na ekranie jego gesty radości po moim golu w newsach sportowych na ESPN. Odwdzięczyłem się za wcześniejsze, tak wytrwale, podtrzymywanie mnie na duchu.

- Czy korzystasz z usług psychologa, twoja praca jest stresowa?

- Nie, nie korzystam. Sam staram się uporać ze stresem. Rozmyślam dużo nad błędami, analizuję je. Eliminując błędy, staram się minimalizować stres.

- W meczu w San Diego, zdobyłeś dla Raiders wszystkie 15 punktów, w tym te zwycięskie na sekundy przed końcem meczu. Czy marzyłeś o takim meczu?

- Tak, wiedziałem, że kiedyś to zrobię. Chociaż szczerze powiem, nie spodziewałem się, że to nastąpi w moim pierwszym roku w NFL. Liczyłem, że przyjdzie mi poczekać na taki dzień kilka lat.

- Jak często kontaktujesz się z mamą?

- Czasami raz w tygodniu, czasami dwa razy. Dużo rozmawiamy, mama zawsze skarży się na coś np. na zimno itp.

- Jakie postaci ze świata muzyki lubisz najbardziej?

- Britney Spears. To moja faworytka, mam wszystkie jej płyty. Koledzy, jak ją widzą w telewizji, żartują, że śpiewa moja? żona. Jeszcze jej na żywo nie widziałem, ale sezon najpóźniej w styczniu się skończy i pewnie zaliczę jej koncert.

- Podobają ci się kobiety typu Britney?

- Tak. Podobają mi się również tenisistki jak Martina Hingis. Oczywiście, Anna Kurnikowa. Nie wiem tylko, co ona widzi w tych rosyjskich hokeistach - z ironicznym uśmiechem zaznaczył Sebastian.

- Zaraz po kontuzji stopy bardzo efektownie powróciłeś na boisko. Nie dość, że strzelałeś skutecznie, to po raz pierwszy w NFL wyręczyłeś kolegów z obrony, powalając rywala z piłką, który rozpędzony zmierzał po przyłożenie. Jak koledzy zareagowali na Twoje zagranie?

- Wszyscy się śmiali. Nigdy wcześniej nikogo nie musiałem przewracać, koledzy z obrony robią to znakomicie, ale tym razem rywalowi udało się znaleźć lukę w naszej defensywie, więc pospieszyłem ze skuteczną pomocą.

Rozmawiał Chris Reiko, Oakland

Dowiedz się więcej na temat: boiska | ojciec | wywiady | Kicker | Sebastian Janikowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama