Wołowski: Mourinho z nożem w zębach

Real Madryt zagrał na Camp Nou najlepszy mecz od, co najmniej czterech lat, ale to nie wystarczyło graczom Jose Mourinho. Sfrustrowani kolejną porażką znów wybrali brutalność.

Jose Mourinho nawet tego nie zobaczy. Nie zobaczy, jak tuż po bandyckim ataku Marcelo na Cesca Fabregasa, kiedy gracze Realu i Barcy przepychali się przy linii bocznej, podszedł do asystenta Pepa Guardioli Tito Vilanovy wsadzając mu palec w oko. W jednym z wywiadów, zaraz po przylocie do Madrytu "Mou" przyznał, że jego żona nienawidzi "The Special One", a on sam patrząc na powtórki meczów, nie spogląda na ławkę, by nie wstydzić się za swoje zachowanie.

Reklama

Tym razem też wstyd mu nie było. Na konferencji prasowej, zapytany o zajście, udawał, że asystenta Guardioli w ogóle nie zna. "Kim jest ten Pito" - ironizował jakby chodziło o psa sąsiada. Bo kim jest jakiś asystent wobec najlepszego trenera świata? Oczywiście bronił też swoich graczy Marcelo i Pepe (zapracował na czerwoną kartkę ciosem łokciem wymierzonym Pique, ale jej nie dostał) uważając, że do brutalności pchnęły ich prowokacje Katalończyków. Stara śpiewka, w którą zapewne nie wierzy on sam.

Perfidna Barca wygrywa dzięki spiskom!

Najbardziej niewiarygodne jest to, że trener ma tak ogromny wpływ na swoich zawodników. Nie dość, że kiedy wynik jest zły, Pepe zaczyna biegać po boisku ze śmiercią w oczach, Sergio Ramos chętnie się do niego przyłącza, a Marcelo zmienia się w ich najzdolniejszego ucznia. Na dodatek po meczu wszyscy okazują się ofiarami perfidii Katalończyków. Niby wiadomo, że Mourinho gra, a jednak nabiera na swoje prowokacje nie tylko fanów Realu mających głębokie poczucie krzywdy, ale nawet tak dojrzałych graczy jak Iker Casillas, czy do niedawna jeszcze Jerzy Dudek. Polak oficjalnie zawsze wypowiadał się oględnie w mediach, ale poza protokołem utrzymuje linię swojego byłego trenera. "Barca wygrywa dzięki spiskom".

Mourinho gra na czułą nutę sugerując, że to potężny prezes hiszpańskiej federacji Angel Villar, człowiek o wątpliwej reputacji sprzyja Katalończykom. To tak jakby powiedzieć fanom w Polsce, że prezes PZPN wspiera jeden klub w walce z drugim. Kibice tego drugiego uwierzyliby natychmiast czując się wojownikami słusznej sprawy. Ten schemat zadziałał w Madrycie.

Gracze Barcy nie mają wątpliwości, kto odpowiada za brutalność, która staje się nieodłącznym elementem Gran Derbi. "Mourinho niszczy hiszpańską piłkę" - powiedział Gerard Pique. Nawet media w Madrycie przyznają, że Marcelo, Pepe i Mourinho przesadzili, co może w końcu w trwały sposób wpłynąć na atmosferę w reprezentacji Hiszpanii. Jeśli Xavi kłóci się z Casillasem, to drużynie Vicente del Bosque wróży jak najgorzej. Obaj są liderami drużyny mistrza świata i największymi autorytetami w swoich klubach. Kiedyś bramkarz Realu rozwiązywał konflikty, dziś jest wiernym wyznawcą spiskowej teorii swojego portugalskiego pryncypała.

Brutalność, która przekracza wszelkie granice

Wygrywanie za wszelką cenę jest w dzisiejszym futbolu normą, ale brutalność graczy Realu przekracza wszelkie granice. Gran Derbi na Camp Nou w listopadzie zakończył bandycki atak Sergio Ramosa na Leo Messiego. W kolejnych meczach obu klubów na brutala nr 1 wyrósł Pepe, którego w Madrycie przedstawiają jak wielkiego wojownika. Tymczasem Portugalczyk nie ma nic wspólnego z Gennaro Gattuso, czy Claude Makelele, jest po prostu pospolitym boiskowym zabijaką niezdolnym zapanować nad agresją. Ataki wyprostowaną nogą, ciosy łokciem, są w arsenale jego zagrań na poczesnym miejscu. Na następny mecz "Mou" da mu zapewne kamizelkę kuloodporną, pod którą wciśnie tasak i dwa noże.

Mourinho nie uważa, by kompromitował Real. On staje w jego obronie. Guardiola ostrzega, że w następnym meczu komuś stanie się krzywda. Zapanowanie nad sytuacją jest trudne, bo niesamowicie trudny jest jakikolwiek kompromis. Ziarno posiane przez Portugalczyka trafiło na odpowiednią glebę, historia konfliktów między obydwoma klubami ma sto lat.

Porażkę 0-5 na Camp Nou w listopadzie trener Realu przeżył jak życiową klęskę i zrobi wszystko, by nie dopuścić do powtórki. Zarabiając 10 mln euro rocznie nie ma do tego prawa. "Mou" musi mieć alibi, nie ma lepszego niż wskazywanie, że sędziowie biorą udział w spisku. To sytuacja w hiszpańskiej piłce jest chora, on ją tylko demaskuje. W końcu każdy mecz z Barcą, jego pokrzywdzona drużyna kończy w dziesiątkę.

Messi uratował futbol. Ale na jak długo?

Najbardziej żal nie tyle Katalończyków, co wysiłku samych piłkarzy Realu, którzy zagrali na Camp Nou wspaniały mecz. Wysoki pressing sprawił, że górowali nad gospodarzami używając ich najlepszej broni. Real szybko zabierał piłkę Barcelonie, parł do przodu, rozgrywał pod polem karnym Victora Valdesa wciąż mu zagrażając. Wygrałby ten mecz z całą pewnością, gdyby nie geniusz jednostkowy. Na Leo Messiego znów nie udało się "Królewskim" znaleźć rady (dwa gole i asysta). Prasa w Katalonii donosi, że "Leo uratował futbol". Tylko na jak długo?

Rywalizacja hiszpańskich kolosów w tym sezonie zaledwie się zaczęła. Przyjdą mecze o wyższą stawkę niż Superpuchar, w których pokusa zastosowania brutalnych metod będzie zdecydowanie większa. Faule Pepe, Ramosa, czy Marcelo, a także obrazek "Mou" wkładającego rywalom palce do oczu zapewne się powtórzą. Z pewnością zagraża to nie tylko wizerunkowi obu najbogatszych hiszpańskich klubów, ale całej lidze. Jeśli walka wręcz jest stawiana ponad geniusz graczy pokroju Messiego, Xaviego, Iniesty, Benzemy, Ronaldo, czy Oezila, całe to wielkie futbolowe zjawisko zwane Gran Derbi zmienia się w kpinę.

Czytaj teksty Darka Wołowskiego i dyskutuj z nim na jego blogu

Oto fragmenty środowego Gran Derbi. Czy Jose Mourinho niszczy hiszpańską piłkę?

Zobacz jak Jose Mourinho "wymierza sprawiedliwość" asystentowi trenera Barcelony:

Zobacz brutalne wejście Marcelo w nogi Ceska Fabregasa:

Zobacz jak Pepe powstrzymuje szarżującego Leo Messiego:

Dowiedz się więcej na temat: Camp Nou | Real Madryt | Jose Mourinho | Gran Derbi | FC Barcelona

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje